wtorek, 25 kwietnia 2017

Tort kokosowo-czekoladowy bez mąki

Zwykle sceptycznie podchodzę do nietradycyjnych wypieków, takich bez mąki i bez jajek. Wszystkie inne dania to co innego, tam jest pole do eksperymentów, ale słodycze to wolę takie tradycyjne i niezdrowe. Ten tort to zrobiłam po prostu przez pomyłkę. Byłam pewna, że mąka jest w składzie, nawet ją kupiłam. No i potem co, wszystkie składniki pod ręką, nie będę zmieniać zdania tylko dlatego, że tort jest bez mąki. Upiekłam go więc i nie żałuję. Pychota, jedno z najlepszych ciast jakie zrobiłam. Był tak dobry, że parę dni później upiekłam jeszcze jeden taki. Wyszedł o wiele ładniejszy, ale paradoksalnie nie załapał się ani na jedną foteczkę :) Trudno.

Przepis z książki "Smaki Izraela" N. Degutiene.


Składniki (na tortownicę o średnicy 25cm):
5 jajek
1 i 1/4 szklanki cukru + 2 łyżki
2 szklanki wiórków kokosowych
1/4 szklanki mielonych orzechów (u mnie laskowe, w oryginale włoskie)
350g gorzkiej czekolady
500ml tłustej śmietanki (30%)
wiórki kokosowe lub czekoladowe do dekoracji


1. Oddzielamy żółtka od białek. Żółtka możemy schować do lodówki, bo długo się nie przydadzą.

2. Miksujemy białka. Dodajemy 1 i 1/4 szklanki cukru, ale po łyżce. Dodajemy następną dopiero jak poprzednia się rozpuści. Miksujemy aż piana z białek i cukru będzie sztywna.

3. Sztywną pianę mieszamy z wiórkami kokosowymi i mielonymi orzechami.

4. Spód tortownicy z odczepianym bokiem wykładamy papierem do pieczenia i wtedy przypinamy bok. Wlewamy do formy masę z wiórkami.

5. Wkładamy do nagrzanego do 175 stopni piekarnika na 25 minut. Odkładamy do zupełnego wystudzenia.

6. Czekoladę łamiemy na kostki i wkładamy do metalowej miski. Miskę wkładamy na wierzch garnka z gotującą się wodą. Mieszamy czekoladę aż do rozpuszczenia.

7. Zdejmujemy naczynie i do czekolady dodajemy po jednym żółtku i szybko mieszamy. 

8. Śmietanę ubijamy na sztywno wraz z dwoma łyżkami cukru. Mieszamy całość z masą czekoladową i wykładamy na ostudzony spód.

9. Wkładamy do lodówki na całą noc. Następnie ostrożnie nożem obkrawamy tort na około i zdejmujemy bok tortownicy. Posypujemy wiórkami czekoladowymi lub kokosowymi.


sobota, 22 kwietnia 2017

Bulion warzywny i zupa szczawiowa

Małżon niedawno nauczył się robić krem z brukselki. Gdybym wiedziała, że tak dobrze mu to wyjdzie to już dawno przestałabym go robić :) No ale największym zarzutem Małżona do tej zupy było to, że nigdzie na moim blogu nie może przeczytać jak zrobić bulion warzywny. To akurat łatwo naprawić przy okazji kolejnej zupy, niestety bardzo niefotogenicznej.

Składniki na bulion:
3 marchewki
1 pietruszka
1/4 selera korzeniowego lub 1 łodyga selera naciowego
kawałek pora
1 cebula
1 ząbek czosnku
3-4 gałązki natki pietruszki
1 listek laurowy
2 ziarna ziela angielskiego
5-7 ziaren pieprzu
1/2 łyżeczki soli morskiej
1,7-1,8 litra wody

Dodatkowo na zupę:
170-180g konserwowego szczawiu
1 ząbek czosnku
jajka ugotowane na twardo
pieprz czarny mielony

1. Marchew, pietruszkę, seler i czosnek obieramy. Cebulę tylko płuczemy.

2. Do garnka wkładamy wszystkie warzywa i przez 2-3 minuty podgrzewamy je "na sucho", niech zaczną oddawać aromat. Uważajmy tylko, żeby nie zaczęły się przypalać.

3. Zalewamy warzywa zimną wodą, zagotowujemy.

4. Zmniejszamy ogień, dodajemy listek laurowy, ziarna pieprzu i ziela angielskiego, sól i natkę pietruszki. Gotujemy na małym ogniu przez minimum godzinę (ja zwykle gotuję 1h15) przy lekko uchylonej przykrywce.

5. Bulion odcedzamy. Można go zamrozić lub wykorzystać w ciągu kilku dni.

6. Chcąc uzyskać zupę szczawiową, gotujemy bulion wraz z obranym ząbkiem czosnku oraz szczawiem konserwowym około 15 minut. Doprawiamy do smaku solą morską i świeżo zmielonym pieprzem i wyciągamy czosnek.

7. Podajemy z jajkiem. Jeśli chcemy mieć gęstszą zupę możemy do niej wrzucić ugotowane ziemniaki i marchewkę pokrojone w kostkę.


sobota, 8 kwietnia 2017

Makaron z cukinią i fetą

Wiosna pełną gębą. Nawet w mieście, nie wychodząc poza osiedle można znaleźć jej oznaki. Ja też, cytując koleżankę, "jaram się wiosną" i moja komórka od kilku dni pełna jest wiosennych foteczek - kwitnące forsycje, zielone na gałązkach, pączki tulipanów na klombach. A z wiosną przychodzi ochota na lżejsze jedzenie. To proponuję makaron z cukinią i fetą. 15 minut w kuchni, nie więcej i da się zrobić nawet jak się jest samemu w domu i nie bardzo chce się gotować.


Składniki (na 1 porcję):
70g makaronu
pół małej cukinii
50-70g sera feta
2 łyżki oliwy z oliwek
1/4 łyżeczki płatków suszonego chili
1/2 łyżeczki suszonego oregano
sól morska
czarny pieprz
listki świeżej bazylii do dekoracji
starty parmezan do posypania

1. Makaron gotujemy al dente wg instrukcji na opakowaniu.

2. Cukinię kroimy w plastry o grubości 3-5mm i podsmażamy na oliwie. Przyprawiamy płatkami chili. Fetę kroimy w centymetrową kostkę.

3. Mieszamy makaron z cukinią i fetą. Przyprawiamy oregano, solą morską i świeżo zmielonym pieprzem. Posypujemy startym parmezanem i przybieramy listkami bazylii.


wtorek, 28 marca 2017

Ryż z migdałami i żurawiną

Dziś sposób na ryż, który był dla mnie odkryciem. Bo ryż z cynamonem, np. z jabłkami to jakoś mi się komponował. Ale ryż z cynamonem, migdałami i żurawiną do ryby? To już wydało mi się połączeniem ciekawszym i odważniejszym. A właśnie w towarzystwie ryby oryginalny przepis sugerował podać taki ryż. Wyszło z tego rzeczywiście świetne połączenie. Rybę po prostu posypałam zatarem i usmażyłam, żadnych udziwnień, a to ryż był królem tego obiadu. Przepis z bbcgoodfood.com z moimi zmianami.


Składniki:
100g ryżu mieszanego basmati z dzikim
1 mała cebula
2 łyżki płatków migdałowych uprażonych na suchej patelni
2 łyżki suszonej żurawiny
2 łyżki soku z cytryny
1/3 łyżeczki cynamonu
szczypta czarnego pieprzu
1 łyżka oliwy z oliwek


1. Cebulę siekamy drobno i szklimy na łyżce oliwy.

2. Dodajemy surowy ryż, wlewamy 150ml wody i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy go na małym ogniu pod przykryciem około 20minut. Powinien wchłonąć wodę, ale musimy uważać, żeby się nie przypalił.

3. Dodajemy migdały, żurawinę, sok z cytryny, cynamon i odrobinę świeżo zmielonego czarnego pieprzu. Mieszamy i podgrzewamy jeszcze minutę, po czym podajemy.


sobota, 25 marca 2017

Jabłkowa pianka z herbatnikami

Dziś deser, co do którego miałam wątpliwości czy w ogóle zamieszczać. Poplątałam kolejność warstw. I wylałam je trochę za wcześnie przez co trochę mi się zlały. No ale w smaku było przepysznie. Więc w końcu stwierdziłam, że zamieszczam, a co tam. W końcu jestem szalonym kucharzem, a nie perfekcyjnym kucharzem. Więc po taki bezbłędny przepis, zapraszam na tą stronę, a na blogu u mnie wersja zamieszana :D


Składniki (na keksówkę długości 25cm):
4 duże jabłka
2 łyżki soku z cytryny
1 łyżka cukru
1 opakowanie galaretki pomarańczowej
1 opakowanie galaretki brzoskwiniowej
200g schłodzonego, zagęszczonego, niesłodzonego mleka
duże opakowanie petitków

1. Obrane jabłka ścieramy na dużych oczkach i mieszamy z sokiem z cytryny.

2. Do rondelka wkładamy jabłka, zalewamy 1/2 szklanki wody, dodajemy cukier i podgrzewamy. Gdy się zagotują, trzymamy na ogniu aż jabłka zmiękną, po czym zdejmujemy z ognia i mieszamy z brzoskwiniową galaretką. Mieszamy, aż galaretka się rozpuści i odkładamy do ostygnięcia.

3. Galaretkę pomarańczową rozpuszczamy w 3/4 szklanki gorącej wody i również odstawiamy do ostygnięcia.

4. Gdy pomarańczowa galaretka będzie zimna, ubijamy mikserem schłodzone mleko i powoli wlewamy do niego galaretkę. Ma powstać pianka. Jeśli wyjdzie rzadka, możemy ją wstawić na chwilę do lodówki.

5. Keksówkę wykładamy folią spożywczą. No i teraz powinniśmy zacząć od piany, a ja zaczęłam od jabłek. Nieważne. wykładamy połowę piany, przykrywamy petitkami. Potem połowę jabłek i znowu przykrywamy petitkami. Potem druga połowa piany, petitki, druga połowa jabłek, petitki.

6. Odstawiamy do lodówki na noc. Po tym czasie odwracamy keksówkę na talerz i delikatnie wyciągamy deser. Ściągamy folię i kroimy na porcje.


poniedziałek, 20 lutego 2017

Zwiebelkuchen czyli placek cebulowy

Nie pierwszy i nie ostatni raz obiad u mnie inspirowany był podróżami. I to do kraju, którego kuchnia nigdy nie wydawała mi się ciekawa. Skojarzenie takie - słoneczne, październikowe popołudnie, spacer ulicami Frankfurtu w dobrym, dawno niewidzianym towarzystwie i festyn, coś na kształt festiwalu Apfelweinu. Ponieważ kiszki marsza już grały, zakupiliśmy przekąski z jednego ze straganów. No i w ten sposób poznałam niemiecki placek cebulowy - zwiebelkuchen. Rzecz obłędnie pyszna. Niestety trochę się trzeba narobić, ale warto.

Korzystałam z tego przepisu, omijając m.in. kminek, którego nie cierpię.


Składniki (wg przepisu na 8 porcji, ale moim zdaniem taka pyszność jest na 4):
600g cebuli (waga po obraniu)
2 jajka
100g śmietany kremówki
1/2 płaskiej łyżeczki soli
1 łyżka mąki
150g wędzonego boczku
50g masła
Na ciasto:
250g mąki
50g świeżych drożdży
1 łyżka cukru
150ml mleka
1 płaska łyżeczka soli
50g miękkiego masła


1. Drożdże rozcieramy z cukrem. Zalewamy lekko ciepłym mlekiem, mieszamy. Wsypujemy 2 łyżki mąki (z tego 250g na ciasto), jeszcze raz mieszamy przykrywamy i odstawiamy na 10 minut.

2. Do miski przesiewamy mąkę. Dodajemy sól i drożdże z mlekiem. Zagniatamy. Dodajemy miękkie masło i ponownie zagniatamy. Przykrywamy ściereczką, odstawiamy w ciepłe miejsce i pozwalamy rosnąć przez godzinę.

3. W tym czasie zaczynamy przygotowywać nadzienie. Cebulę i boczek kroimy w kostkę o boku około 3/4 cm.

4. W rondlu rozpuszczamy masło i dodajemy cebulę. Podgrzewamy, często mieszając, przez około pół godziny. Po tym czasie dodajemy łyżkę mąki i odstawiamy do wystygnięcia.

5. Wracamy do naszego ciasta. Tortownicę lub kwadratową formę wykładamy papierem do pieczenia. Wylepiamy dno oraz boki do 2/3 wysokości ciastem. Ponownie przykrywamy ściereczką i odstawiamy jeszcze na pół godziny do wyrośnięcia.

6. Po tym czasie lekko ubijamy jajka z kremówką i solą. Mieszamy z cebulą. Nadzienie wykładamy na ciasto. Posypujemy boczkiem.

7. Wstawiamy placek do nagrzanego do 180 stopni piekarnika. Pieczemy z termoobiegiem około 50 minut.


Danie świetnie się nadaje do odgrzewania w mikrofali.


poniedziałek, 13 lutego 2017

Mielona wieprzowina z bakłażanem

Czasami nawet gdy gotuję coś po raz pierwszy, z dużą dokładnością przewiduję jak to będzie smakować i wyglądać. Składniki są podobne do czegoś, sposób robienia jest podobny, no generalnie danie już z czymś mi się kojarzy. Czasami jednak wychodzi coś, co mnie trochę zaskakuje. Tak też było i tym razem. Początkowo było to "coś dziwnie wygląda, chyba się na bloga nie nada, ale na wszelki wypadek zrobię jakieś zdjęcie". A potem "ale pychota, dobrze, że chociaż coś pstryknęłam". Mimo dziwnego wyglądu, naprawdę polecam.

Przepis z książki D. Ładochy "W mojej tajskiej kuchni".


Składniki (na 2 porcje):
1 średni bakłażan
250g mielonej wieprzowiny (u mnie łopatka)
3 ząbki czosnku
1 łyżka pasty tamaryndowej
1 łyżeczka sosu rybnego
1/2 łyżeczki cukru palmowego
garść liści bazylii tajskiej
2 świeże papryczki chili
sól
olej roślinny



1. Bakłażan kroimy w plastry grubości mniej więcej 0,5-0,75cm. Posypujemy solą i odstawiamy na 15-20 minut. Gdy bakłażan puści sok płuczemy plastry i osuszamy papierowym ręcznikiem.

2. Czosnek kroimy bardzo drobno, chili kroimy w cieniutkie plasterki.

3. W woku lub patelni mocno rozgrzewamy 2 łyżki oleju roślinnego. Dodajemy czosnek i wieprzowinę. Mieszamy i wlewamy 1/4 szklanki wody.

4. Dodajemy bakłażana i smażymy 3-5 minut. Dodajemy pastę tamaryndową, sos rybny i cukier palmowy, mieszamy wszystko aż cukier się rozpuści. 

5. Dodajemy bazylię tajską i po minucie zdejmujemy z ognia. Podajemy z ryżem posypane plasterkami chili.


sobota, 28 stycznia 2017

Amerykany

Dziś na blogu jedne z moich ulubionych ciastek. Kłopot z nimi miałam taki, że od kiedy mieszkam w Warszawie, nie mogłam ich nigdzie znaleźć. W pobliżu żadnego miejsca, w którym mieszkaliśmy, nie funkcjonowała piekarnia, która amerykany by sprzedawała. Za to jak mieszkaliśmy w Poznaniu to prawie każda. Od przeprowadzki za każdym razem jak bywaliśmy w Poznaniu, musieliśmy z Małżonem kupić po jednym. Kiedyś nawet spisałam sobie skądś (już niestety nie pamiętam skąd) przepis, ale przeczekał tyle czasu, aż w końcu się za niego zabrałam. Gdybym wiedziała, że to taki banał, to już dawno piekłabym je regularnie. Największy z nimi problem, to że w trakcie pieczenia śmierdzą przeokrutnie. Dopiero jak ostygną to zapach się ulatnia. No ale dla takiego smaku jestem w stanie się przemęczyć.


Składniki (na ok. 25 ciastek):
3 jajka
500g mąki pszennej (typ 500)
szklanka cukru
2 czubate łyżeczki amoniaku
120g masła
szklanka mleka

Na lukier:
2 szklanki cukru pudru
odrobina gorącej wody
sok z 1/2 cytryny

1. Masło rozpuszczamy w rondlu i zostawiamy do ostygnięcia. Mąkę mieszamy z cukrem i amoniakiem.

2. Miksujemy mleko z jajkami. Dodajemy porcjami mąkę wymieszaną z cukrem i amoniakiem, cały czas miksujemy. Na końcu dodajemy stopione masło i miksujemy na gładką, gęstą masę.

3. Na blachę wyłożoną papierem do pieczenia wykładamy ciasto - jedna łyżka ciasta na porcję. Musimy zachować duże odstępy, bo amerykany rosną bardzo na boki.

4. Wkładamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika na 15-20 minut. Amerykany są gotowe gdy mają przyrumienione brzegi. U mnie wystarczyło 15 minut. Zostawiamy do ostygnięcia.

5. Ostygnięte ciastka lukrujemy. Cukier puder mieszamy z sokiem z połowy cytryny i odrobiną gorącej wody. Powinno starczyć ze 3-4 łyżki, ale warto pilnować konsystencji, żeby lukier nie był zbyt rzadki, więc dodajemy po troszeczku. Gotowe ciastka jemy gdy lukier stężeje.


czwartek, 19 stycznia 2017

Fasolka po bretońsku

Po ostatnich kulinarnych wycieczkach na inne kontynenty, dziś coś swojskiego. Klasyk, który najbardziej kojarzy mi się z obiadami w górskich schroniskach w czasie deszczu, albo przynajmniej po porządnym zmarznięciu. Micha fasolki po bretońsku to taki porządny, sycący rozgrzewacz, więc na zimę nie tylko w górach się nada. W mieście też będzie ok, zwłaszcza, że tak dobrze się odgrzewa i można od razu machnąć w kuchni cały gar i obiad na następne dni z głowy :)


Składniki (na 4 porcje):
450g fasoli Piękny Jaś (u mnie medium)
2 kiełbasy śląskie
100g wędzonego boczku
400g przecieru pomidorowego
1 duża cebula
3-4 ząbki czosnku
2 łyżeczki majeranku
1/2 łyżeczki suszonej natki pietruszki
1/4 łyżeczki mielonej słodkiej papryki
1/4 łyżeczki mielonej ostrej papryki
1 łyżeczka ostrej musztardy
sól morska
pieprz czarny
2 łyżki oleju

1. Fasolkę zostawiamy na noc w wodzie, a następnie gotujemy wg instrukcji na opakowaniu. Moja gotowała się przez 1,5 godziny. Pod koniec gotowania fasolkę solimy.

2. Cebulę i boczek kroimy w półcentymetrową kostkę. Kiełbasę kroimy w półplasterki. Czosnek przeciskamy przez praskę.

3. W rondlu rozgrzewamy olej. Dodajemy cebulę i boczek, a gdy cebula zacznie się szklić, a boczek topić, także kiełbasę. Wszystko smażymy do zrumienienia kiełbasy i całkowitego zeszklenia cebulki.

4. Dodajemy czosnek i odcedzoną fasolkę i zalewamy przecierem pomidorowym. Dolewamy 1/4 szklanki wody (lub trochę więcej, w zależności od pożądanej konsystencji). 

5. Dodajemy musztardę, suszoną natkę pietruszki, majeranek i mielone papryki. Doprawiamy jeszcze solą morską i świeżo mielonym czarnym pieprzem. Wszystko dokładnie mieszamy i gotujemy na średnim ogniu jeszcze 10-15 minut.


wtorek, 17 stycznia 2017

Tajska sałatka z pomelo

Jakoś ta zima mnie nastraja egzotycznie, bo ze słonecznych Karaibów z ostatniego wpisu, tym razem kulinarnie przeniosłam się do Tajlandii. Sałatka, którą zrobiłam, warta jest spróbowania, ponieważ jest zaskakująca w smaku. Słony sos sojowy, ostre papryczki (chociaż ze względu na upodobania Małżona dałam tylko 1/4 zalecanej ilości) i słodkawe pomelo, a do tego jeszcze mięta i czosnek. Każdy kęs to swoista karuzela smaków. Sałatka była tak dobra, że mimo określenia w przepisie, że to na 4 porcje, to my z Małżonem opanowaliśmy ją w dwójkę w zastraszającym tempie.

Przepis pochodzi z książki D. Ładochy "W mojej tajskiej kuchni".


Składniki (na 2-4 porcje):
1 pomelo
2 szalotki
1/2 papryczki chili
garść liści świeżej mięty
2 łyżki orzechów ziemnych
1 duży ząbek czosnku
1 łyżeczka cukru palmowego
2 łyżki sosu rybnego
1 łyżka sosu sojowego
sok z 1 limonki


1. Szalotki obieramy i kroimy na cieniutkie plasterki. Orzechy prażymy na suchej patelni.

2. Pomelo obieramy, usuwamy białe błony i dzielimy na niezbyt duże cząstki. Układamy w misce lub na talerzu. Posypujemy plasterkami szalotki i orzechami.

3. W osobnej miseczce lub słoiczku mieszamy cukier, chili, sok z limonki, sos rybny i sojowy. Chili i czosnek drobno siekamy i dodajemy do sosu. Wszystko mieszamy aż cukier całkowicie się rozpuści.

4. Sałatkę polewamy sosem i posypujemy listkami mięty.


sobota, 14 stycznia 2017

Karaibskie burgery

Dzisiaj przepis na burgery trochę w ramach ciekawostki, bo z jamajską przyprawą jerk. Ja mam jeszcze zapasy tej przyprawy z mojej jamajskiej wyprawy, ale pewnie za jakiś czas też nie zrobię już dokładnie takich burgerów. Jeszcze zanim wyjechałam na Jamajkę, kupiłam w Polsce przyprawę do jerku, ale to w smaku była zupełnie inna przyprawa. Dodatki tak z grubsza można jednak skombinować podobne i cieszyć się daniem w stylu karaibskim.
Przepis pochodzi z książki "Jerk from Jamaica" H. Willinsky z minimalnymi zmianami.


Składniki (na 4 porcje):
500-600g mielonej wołowiny
4-8 plastrów ananasa (dałam z puszki, jeszcze lepszy świeży)
4 grubsze plastry sera cheddar
4 bułki hamburgerowe
2 łyżki oleju
1 łyżka przyprawy jerk

Na sos:
1 łyżka pasty tamaryndowej
1 łyżka miodu
kawałek imbiru wielkości kciuka
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżka przyprawy jerk

1. Pastę tamaryndową rozcieramy z 1-2 łyżkami wody. Dodajemy miód, przyprawę jerk, sos sojowy i starty imbir. Dokładnie mieszamy.

2. Mięso mielone mieszamy z olejem i przyprawą jerk. Formujemy dłońmi 4 burgery. Rozgrzewamy grill lub patelnię grillową.

3. Burgery grillujemy po 3 minuty z każdej strony, a plastry ananasa po minucie z każdej strony. Bułkę podgrzewamy również na grillu lub w mikrofali. Ja zrobiłam to w mikrofali, pod koniec kładąc cheddar, żeby się stopił.

4. Do każdej bułki wkładamy burger, plaster lub dwa ananasa i polewamy sosem tamaryndowo-miodowym.


wtorek, 10 stycznia 2017

Paccheri z boczniakami i białymi kiełbaskami

"Na południe od Rzymu się nie jeździ". Taki komentarz usłyszeliśmy od współpasażerki wysiadającej z samolotu, a jakże, w Bari. Gdyby wszyscy kierowali się tą zasadą, wspaniałe miejsca na południu Włoch ziałyby pustkami :) Nie warto ulegać takim stereotypom, ponieważ wtedy nie ma szans odwiedzić przeuroczego Alberobello, czy też niesamowitej w swojej atmosferze nocą Matery. Samo Lecce zaś podobało mi się znacznie bardziej niż Florencja. Tyle wspomnień z listopadowego urlopu, są też kulinarne. W środku zimy zachciało mi się wrócić w słoneczniejsze klimaty, a to za sprawą paczki makaronu paccheri przywiezionego z tych wakacji. Nada się oczywiście każdy duży makaron - wielkie rurki albo muszle. Sam przepis jest próbą odtworzenia najsmaczniejszego dania tego wyjazdu. Niestety z powodu braku składników jest ono tylko podobne. Białe kiełbaski udają tu kiełbaski salsiccia, a boczniaki grzyby cardoncelli, o których wcześniej nawet nie słyszeliśmy. Na szczęście rukola to rukola :)


Składniki (na 2 porcje):
150g makaronu paccheri (lub innego, my mieliśmy świeży, więc potrzebne było 250g, bo on nie zwiększa tak objętości)
200g boczniaków
180g surowych białych kiełbasek
300g passaty pomidorowej
2 garście umytej rukoli
czarny pieprz
sól morska
oliwa z oliwek
starty parmezan do posypania

1. Białe kiełbaski obieramy z błon i kroimy w plastry o grubości około 0,5cm. Boczniaki myjemy, większe kroimy wzdłuż na pół.

2. Makaron gotujemy al dente.

3. Na patelni rozgrzewamy 2-3 łyżki oliwy (w zależności jak tłuste są kiełbaski) i podsmażamy białą kiełbasę aż zacznie puszczać tłuszcz. Dodajemy boczniaki i smażymy razem do miękkości grzybów.

4. Zalewamy passatą pomidorową, gotujemy jeszcze 3-4 minuty, przyprawiamy świeżo zmielonym czarnym pieprzem i solą morską.

5. Makaron polewamy sosem, na wierzchu każdej porcji układamy garść rukoli i posypujemy parmezanem. Do tej potrawy dostaliśmy również oliwę z peperoncini, więc można daniu dodać pazur, skrapiając je taką ostrą oliwą.


poniedziałek, 9 stycznia 2017

Kurczak w sosie szpinakowym z oliwkami

Pierwszy wpis w 2017, a więc wszystkiego dobrego w Nowym Roku! Zeszły rok nie był jakoś kulinarnie dla mnie udany, gotowałam mało, niewiele było przepisów wypróbowanych po raz pierwszy. Mam nadzieję, że nadchodzący rok będzie pod tym względem lepszy. Pierwszy przepis na 2017 to tak naprawdę jeszcze przepis z zeszłego roku. Zrobiłam go już dwa razy, ale jeszcze nie opublikowałam. Inspiracją był obiad w małej, osiedlowej knajpce po sąsiedzku. Z dala od kulinarnej mody, która powoduje, że w całym rzędzie lokali mamy to samo, wpadam tam czasem na uczciwy posiłek i nigdy się nie zawiodłam. Składniki nigdy nie są skomplikowane, więc ilekroć coś mi zasmakuje, jestem w stanie łatwo to odtworzyć w domu :)


Składniki (na 4 porcje):
700-800g piersi z kurczaka
450g mrożonego rozdrobnionego szpinaku
200g śmietany
1 mała cebula
3 ząbki czosnku
15-20 zielonych oliwek
1 łyżka kaparów
1/2 płaskiej łyżeczki mielonej słodkiej papryki
sól morska
pieprz czarny
ulubiona przyprawa do kurczaka
olej
2 łyżki masła

1. Kurczaka dzielimy na mniejsze kawałki (niewielkie kotleciki około 4x6cm) i nacieramy ulubioną przyprawą do kurczaka (u mnie jakaś mieszanka ziół włoskich).

2. Kurczaka smażymy partiami do zrumienienia na oleju i odkładamy w ciepłe miejsce.

3. Cebulę, kapary i czosnek kroimy bardzo drobno. 

4. W rondlu lub na patelni rozpuszczamy masło, dodajemy cebulę, a gdy zacznie się szklić, dodajemy zamrożony szpinak i podgrzewamy do całkowitego rozmrożenia.

5. Dodajemy czosnek i kapary, całość mieszamy. Dodajemy śmietanę, przyprawiamy papryką słodką, czarnym, świeżo zmielonym pieprzem i solą morską. Wszystko mieszamy i podgrzewamy 3 minuty.

6. Dodajemy kurczaka i oliwki i ponownie mieszamy. Całość podgrzewamy jeszcze 5 minut. Podajemy z ryżem.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...