Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małżon w kuchni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małżon w kuchni. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 stycznia 2016

Tarta a'la blok czekoladowy

W końcu etykieta "Małżon w kuchni" doczekała się pierwszego deseru. Od dawna Małżon o nim mówił, ponieważ dla niego to niezapomniany smak dzieciństwa zwany po prostu czekoladą cioci Marysi, chociaż wiele osób zna to raczej jako blok czekoladowy. Niestety pierwsze próby odtworzenia tego smaku nie zakończyły się powodzeniem. Pełen podziwu upór i kilka uwag od cioci Teresy zaowocowały wreszcie upragnionym sukcesem. A Małżona własna kreatywność spowodowała, że u nas w domu zmieniło się to w tartę na petitkach, która ozdobiona bakaliami może na stole uchodzić właśnie za tartę na słodko. A nawet na bardzo, bardzo słodko.


Składniki (na formę do tarty o średnicy 26cm):
2 szklanki cukru
250g palmy (może być masło)
3 lekko czubate łyżki kakao (najlepsze takie "z wiatraczkiem")
3 szklanki mleka w proszku
0,5 szklanki mleka
1/3 szklanki mielonych orzechów włoskich
15-18 petitków
ulubione bakalie do dekoracji (rodzynki, orzechy, płatki migdałowe)

1. Wszystkie składniki przygotowujemy sobie wcześniej pod ręką, bo akcja robienia jest szybka. 

2. Dno tarty wykładamy petitkami. Palmę kroimy w kostkę. 5 petitków rozgniatamy w moździerzyku na okruchy.

3. W garnku na średnim ogniu rozpuszczamy palmę. Gdy się rozpuści dodajemy kakao, cukier i mleko w płynie. Mieszamy wszystko razem intensywnie aż cukier się rozpuści i nie będzie kakaowych grudek (cytat z Małżona: grudkowalność zerowa).

4. Podgrzewamy wszystko razem aż zabulgocze, powinno to zająć 3-5 minut. Wtedy zdejmujemy z ognia, dodajemy mleko w proszku i wszystko razem mieszamy mikserem lub blenderem na gładką masę.

5. Wsypujemy okruchy petitkowe i mielone orzechy. Mieszamy i wylewamy do formy na warstwę petitek. Dekorujemy ulubionymi bakaliami i odkładamy na noc do lodówki.


czwartek, 4 czerwca 2015

Ziemniaki hasselback

Od czasu do czasu wieczorne nasiadówy ze znajomymi kończą nam się czymś co nazywamy "YouTube party". Polega to na tym, że każdy ze zgromadzonych koniecznie chce pokazać pozostałym śmieszne/zadziwiające/interesujące/niesamowite filmiki jakie ostatnio wyczaił. No i przy ostatniej okazji zostały mi pokazane filmiki FoodEmperora. Jeśli ktoś jest bardzo wrażliwy na wulgaryzmy, to proszę nawet nie oglądać. Inna sprawa, że jedzenie, które robi wygląda niezwykle apetycznie. Małżon oglądając te filmiki napalił się na ziemniaki hasselback i zrobił przy najbliższej okazji jako dodatek do ryby. Oczywiście wcześniej wiedziałam o ich istnieniu, ale nigdy się za nie nie zabrałam, a szkoda, bo są rzeczywiście pyszne. Teraz będę namawiać Małżona na robienie ich częściej.


Składniki (na 2 porcje):
6 niewielkich ziemniaków (ale też nie bardzo małych)
1-2 łyżki masła
1-2 łyżki tartej bułki
sól
opcjonalnie:
ulubione zioła - np. trochę rozmarynu lub tymianku (lepszy świeży, suszony też może być)
2 łyżki startego żółtego sera

1. Ziemniaki dokładnie myjemy, ale nie obieramy. Układamy pojedynczo ziemniaki na dużej drewnianej łyżce i kroimy w cienkie plasterki. Dzięki temu, że ziemniak leży na łyżce, plasterki nadal od dołu będą złączone, powstanie taka jakby książeczka.

2. Ziemniaki smarujemy od pokrojonej strony masłem, palcami lekko rozsuwamy plasterki żeby masło weszło do środka. Można wcześniej wymieszać masło z ziołami. 

3. Ziemniaki solimy i posypujemy tartą bułką. Można również posypać startym żółtym serem, a Małżon nawet dał trochę ricotty na wierzch. Pole do popisu dla dodatków jest duże.

4. Ziemniaki układamy w nasmarowanym masłem naczyniu żaroodpornym i wkładamy do nagrzanego do 200 stopni piekarnika na 40-45 minut (FoodEmperor poleca krócej, ale dla nas takie ziemniaki były jakby niezbyt dopieczone).


niedziela, 29 czerwca 2014

Sushi

Moje pierwsze spotkanie z sushi nie było udane. To była jakaś pracowa kolacja kilka lat temu, na szczęście knajpa miała jedzenie japońskie i tajskie. Ja sobie wzięłam tajskie, tak bezpiecznie. Kolega, który sushi lubił, wziął sobie wielką porcję, której potem nie był w stanie zjeść. Spytałam więc, czy mogę jedno spróbować. To był koszmar, nigdy nie miałam czegoś tak paskudnego w ustach. Przed natychmiastowym wypluciem powstrzymywał mnie widok siedzącego nieopodal kierownika, no i tenże kolega, w końcu skoro mogłam mu jedno podjeść, to głupio teraz to wypluć. Moje drugie spotkanie z sushi nie było udane również. Zostałam namówiona przez koleżankę, która zrobiła domowe z wędzoną rybą, że może to fakt, że ryba była surowa i że to mi zasmakuje. Wzbraniałam się z początku, ale w końcu spróbowałam. Było tak samo paskudne jak za pierwszym razem. Koleżanka skomentowała, że wyglądam jak dziecko w przedszkolu zmuszane do jedzenia wątróbki. W międzyczasie stwierdziłam, że sam zapach sushi mnie odrzuca, siedzenie przy ludziach jedzących to diabelstwo już samo w sobie jest okropne. Aż w końcu ktoś mądry wpadł na pomysł, że może to glon. Zamówiłam dwa takie bez glona przy najbliższej okazji i rzeczywiście, takie jest ok. Jak jeszcze dodam dużo wasabi, które w sushi jest najlepsze, to takie mogę czasem zjeść. Niestety domowo robione sushi zasmakowało Małżonowi i te okropne (piszę okropne tylko z braku lepszego słowa na całą ich paskudność) glony wprowadziły się wczoraj do naszego domu. Niedługo zacznę bać się wchodzić do kuchni, bo one tam są!!!

W każdym razie, żeby nie było - przepis na blog musiał trafić w kategorii "Małżon w kuchni". Zamieszczam przepis spisany własnoręcznie przez niego. Bo w sumie to najładniejsze danie jakie zrobił. I napracował się przy tym niesamowicie. Przy okazji - podziękowania od Małżona dla Beaty za instruktaż, pomoc i komentarz o wątróbce :)


Składniki (starczy na 6 osób):
0,3-0,4kg ryby surowej/wędzonej (łosoś, paluszki krabowe, maślana, tuńczyk)
Pasta Wasabi - tubka 43g - ja zużyłem około 30g
Ryż do sushi - 0,5kg
Algi morskie (Nori prażone) - 28g - ja zużyłem około 20g
Imbir różowy do sushi - słoik 110g - ja zużyłem połowę 55g
Majonez albo pasta jajeczna
1 Ogórek,  kilka liści sałaty, 1 awokado (miękkie)
jakiś ser (żółty) - 0,2kg
Ocet ryżowy do sushi - 150ml, ja zużyłem dwie łyżki stołowe
Sos sojowy - 150ml - ja zużyłem 1/3 czyli około 50ml
Narzędzia:
 - Mata do rolowania sushi
 - Pałeczki
 - Małe pojemniczki do maczania sushi w sosie sojowym
 - Deska dekoracyjna aby sushi 'wyglądało':-)


1) Rozpakować ryż do sushi i go opłukać pod zimną wodą tak, aby nie było tyle białego osadu. Następnie ugotować na paćkę (15-20 minut), odcedzić i polać go 2-3 łyżkami octu ryżowego. Ryż należy ostudzić tak aby nie parzył w paluszki podczas nakładania na glony. Im zimniejszy tym lepszy.

2) Ser, awokado, ogórek, sałatę kroimy/rwiemy w paski. Rybę również w paseczki lub rozdrabniamy.

3) Rolowanie.
Wersja czarna:
- Na macie rozkładamy glon (algi morskie) i smarujemy go ryżem na około 0,5cm grubości. Od górnego brzegu zostawiamy 1-1,5cm puste - łatwiej jest zwinąć na końcu.
- 2cm od dolnego brzegu nakładamy w poprzek pasek chrzanu Wasabi (uwaga jest ostry, więc bez przeginki). Trochę powyżej nakładamy majonez lub pastę jajeczną tak aby nam się wszystko fajnie skleiło.
- na oba paski nakładamy w poprzek sałatę, ogórek(można dużo), awokado, paski sera, rybę.
- pusty od ryżu pasek od góry zwilżamy wodą.
- zaczynamy rolowanie od dołu, zamykając najpierw cały farsz a następnie mocno ściskać na końcu w celu zlepienie w rulon.
- kroimy w 1-1,5cm paski, pierwszy i ostatni warto ukroić grubsze tak aby się nie rozwalały.


Wersja biała:
- Na macie rozkładamy glon (algi morskie) i smarujemy go ryżem na około 0,3cm grubości. Cały glon. Następnie odwracamy go ryżową stroną do dołu i zaczynamy nakładać farsz od zewnętrznej strony glona
- 2cm od dolnego brzegu nakładamy w poprzek pasek chrzanu Wasabi (uwaga jest ostry, więc bez przeginki). Trochę powyżej nakładamy majonez lub pastę jajeczną tak aby nam się wszystko fajnie skleiło.
- na oba paski nakładamy w poprzek sałatę, ogórek(można dużo), awokado, paski sera, rybę.
- zaczynamy rolowanie od dołu, zamykając najpierw cały farsz a następnie mocno ściskać na końcu w celu zlepienie w rulon.
- kroimy w 1-1,5cm paski, pierwszy i ostatni warto ukroić grubsze tak aby się nie rozwalały.


4) Przygotowane sushi rozkładamy na ładnej dekoracyjnej desce, fotografujemy aby nie zapomnieć i móc pochwalić się znajomym:-).

5) Konsumpcja: Pałeczki w dłoń! Imbir na talerzyk, maczamy sushi w sosie sojowym i do buzi:-) Mniam, mniam.... Następnie oczyszczamy smak przegryzając różowym imbirem.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Białe szparagi z jajkiem sadzonym

Dwa posty temu, gdy pisałam o zielonych szparagach z serem halloumi, początkowo zamierzałam zażartować, że jak się jest blogerem kulinarnym to nie można szparagów po prostu zjeść, tylko trzeba im koniecznie znaleźć jakiś odjechany dodatek. Zrezygnowałam z tego pomysłu, bo jeszcze niektórzy wzięliby to na poważnie i miałabym zaraz w komentarzach, za kogo to się nie uważam, jak wysoko nos trzymam, że szparagi po prostu ugotowane to nie dla mnie. Dzisiejszy przepis, czy bardziej pomysł to zaprzeczenie tamtego planu na post - jak się jest blogerem to nadal się lubi te proste smaki. Ma się tylko mniej czasu na nie, bo chce się jeszcze nowych próbować. 

Dałam etykietę Małżon w kuchni, bo sadzonych to ja nigdy w domu nie robię, ale to było wspólne dzieło (szparagi obierałam ja). Podaliśmy z ziemniaczkami i mizerią na obiad. 


Składniki (na porcje):
pęczek białych szparagów
masło
2 jajka
1/2 łyżeczki soli
szczypta cukru
czubata łyżka posiekanego szczypiorku
sól morska
pieprz czarny

1. Szparagom odłamujemy końcówki - jak już to kiedyś pisałam, one same "wiedzą" gdzie jest zdrewniała końcówka. Cienko obieramy. Gotujemy do miękkości w wodzie z 1/2 łyżeczki soli, szczyptą cukru i łyżeczką masła. Zajmuje to od 12 do 15 minut (starsze, bardziej zdrewniałe szparagi będą się gotować chwilkę dłużej).

2.  W czasie gdy szparagi się gotują przyrządzamy jajka sadzone, koniecznie z płynnym żółtkiem do maczania szparagów.

3. Na talerzu układamy połowę szparagów, na nich układamy jajko, posypujemy posiekanym szczypiorkiem.


sobota, 11 stycznia 2014

Makaron sojowy z kurczakiem, grzybami mun i mini kolbami kukurydzy

Małżon rzadko ma ochotę coś ugotować. Generalnie cieszy się, że ja to lubię i że rozpieszczam go kulinarnie. Jednak czasem i on ma ochotę coś upichcić. Nawet z rzadka posuwa się do tego, że ponarzeka sobie, że nic mu nie zostawiam obiadów do ugotowania. Ponieważ i ja potrzebuję czasem przerwy, to chętnie co jakiś czas zrzucam na niego obiad na jeden-dwa dni. Ale kilka dni temu jakoś tak wyszło, że robił obiady cztery dni z rzędu. Prawdziwe szaleństwo :) Ci co śledzą fanpage'a mojego bloga na facebooku mieli już okazję zobaczyć na zdjęciu usmażonego przez niego łososia musztardowo-winnego. No a teraz przychodzi mi zaprezentować inną potrawę, którą robi często i chętnie.


Składniki (na 2 porcje)
1 pojedyncza pierś z kurczaka
4-5 grzybów mun
1 mała cebula
1 puszka mini kolb kukurydzy
1 mała puszka kiełków fasoli mung (puszka 200g)
3-4 łyżki sosu chow mein (lub innego gotowego sosu do potraw azjatyckich)
sól morska
pieprz czarny
2 łyżki oleju
80-100g makaronu sojowego (waga przed przygotowaniem)

1. Grzyby mun przygotowujemy wg przepisu na opakowaniu. Tak samo makaron sojowy.

2. Obraną cebulę kroimy w piórka, kurczaka w półtoracentymetrową kostkę, kukurydzę w kawałki o długości 1,5-2cm, a przygotowane grzyby w cienkie paseczki. Kurczaka przyprawiamy solą i pieprzem.

3. Na patelni rozgrzewamy olej, po czym dodajemy do niego cebulkę. Gdy się zeszkli dodajemy również kurczaka i podgrzewamy cały czas mieszając aż się zrumieni.

4. Wtedy dodajemy kukurydzę, kiełki i grzyby. Podgrzewamy mieszając 3 minuty i dodajemy sos chow mein. Mieszamy i znów podgrzewamy 3 minuty.

5. Na sam koniec dodajemy makaron sojowy, mieszamy i po minucie rozkładamy na talerze.


niedziela, 8 grudnia 2013

Wieprzowe szaszłyki z piekarnika

Ostatnio zachciało mi się szaszłyków. Co pomyślałam "mięso", w rzeczywistości przed oczami stawały mi właśnie szaszłyki. Dawno temu Małżon robił świetne, postanowiłam więc go namówić, żeby zrobił i tym razem. Na początku się zgodził i poprosił, żebym wpisała składniki na listę zakupów. Potem się zaczęło. Co on namarudził w tej kuchni. Widziałam, że mu się nie chce i że rośnie u niego poziom złego humoru, ale oficjalne wytłumaczenie nerwa było "nie pamiętam, jak się je robi". Już sama się wkurzyłam i myślałam, że ja je zrobię. Ostatecznie tylko pokroiłam cebulę i boczek, bo resztą Małżon jednak się zajął. Wyszły przepyszne. I do tego ładne, bo takie kolorowe. Małżonowi smakowały tak bardzo, że momentalnie przeszedł mu zły humor i mam wrażenie, że potem nawet się cieszył, że go namówiłam na ich zrobienie.

A jeszcze zanim podam przepis, to mała nowość - ponieważ przepisów na blogu jest już bardzo dużo, a wyszukiwarka działała słabo, albo wcale, po lewej stronie nad etykietami pojawił się alfabetyczny spis potraw. Mam nadzieję, że ułatwi Wam znajdowanie interesującego jedzenia.


Składniki (wyszło 14 szaszłyków):
400g karkówki bez kości
300g schabu bez kości
150g wędzonego boczku
3-4 średnie cebule
1 papryka czerwona
1 papryka zielona
1 papryka żółta
3 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżka jasnego sosu sojowego
1 łyżka przyprawy cajun


1. Schab i karkówkę kroimy w kostkę o boku ok. 2cm. Oliwę z oliwek, sos sojowy oraz przyprawę cajun mieszamy dokładnie, po czym obtaczamy dokładnie mięso w marynacie. Odstawiamy do lodówki na minimum godzinę.

2. Boczek kroimy w plasterki grubości 2-3mm, te plastry kroimy na mniejsze części (też około 2cm). Umyte i pozbawione gniazd nasiennych papryki kroimy w takie kawałki jak boczek. Cebulę obieramy i kroimy w ósemki.

3. Na wymoczone patyczki nadziewamy w różnej kolejności mięso, boczek, papryki i cebulę.

4. Szaszłyki układamy na rusztowanej blasze, którą z kolei układamy nad normalną blachą. Wkładamy do nagrzanego do 200 stopni piekarnika na 30 minut.


wtorek, 20 listopada 2012

Naleśniki z serem oraz Liebster Blog

Ostatnio spotkało mnie coś niespodziewanego, a mianowicie Ines z bloga Pasje Ines wyróżniła mnie w blogowej zabawie Liebster Blog Award. Ogromnie mi miło i dziękuję bardzo :)

Wiem, że teraz będzie sprzecznie z zasadami, ale podobno one są po to, by je łamać. Ponieważ od rozpoczęcia blogowania ulubionych blogów niespodziewanie mi przybyło pozwolę sobie nie nominować dalej blogów, natomiast chętnie odpowiem na pytania. Ponieważ zajmie to trochę miejsca tym razem najpierw zamieszczę przepis, a po odpowiedzi na pytania odsyłam na koniec postu. Naleśniki to tym razem dzieło wspólne Małżona i moje. Ja zrobiłam ciasto, Małżon usmażył. Do naleśników zawsze miał dobrą rękę :)


Składniki na naleśniki (mi wyszło około 11):
2 szklanki mleka
2 szklanki mąki pszennej (dałam typ 500)
1 szklanka wody (lub odrobinę mniej, jeśli ciasto będzie zbyt rzadkie)
3 jajka (białka i żółtka osobno)
4 łyżeczki cukru
1 łyżka stopionego masła
szczypta soli

Składniki na nadzienie (tego nadzienia starczy na ok 8 naleśników, resztę można zrobić z czym innym):
500g twarogu półtłustego
2 żółtka
4 łyżki cukru waniliowego (ja mam domowy, ale można użyć 3 łyżek zwykłego cukru i łyżki cukru wanilinowego)
1 łyżka mleka

1. Wszystkie składniki oprócz białek dokładnie mieszamy. W masie nie ma być grudek.

2. Z białek ubijamy pianę. Mieszamy delikatnie pianę z masą i odstawiamy na pół godziny, aby ciasto "odpoczęło".

3. Po tym czasie smażymy naleśniki. Na mojej patelni można to zrobić bez tłuszczu, ale na zwykłej trzeba pędzelkiem rozsmarować kapkę oleju.

4. Twaróg mielimy i mieszamy razem z żółtkami, cukrem i mlekiem. 

5. Na połowie każdego naleśnika rozsmarowujemy masę serową i zwijamy w rulon. Gotowe naleśniki podgrzewamy 15 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.

Ja swoje naleśniki podałam z polewą toffi, taką jak do lodów.



A na zakończenie jeszcze:






1. Twój sposób na chandrę?
Bez wątpienia makaron z dobrym sosem. I jakaś dobra muzyka. Najlepiej trochę głosu Axla.

2. Ulubiony deser to...?
Chyba krem brulee, ale może być też sernik bez rodzynek.

3. Twoja ulubiona potrawa?
Po odpowiedzi na pierwsze pytanie nie mogę wskazać inaczej niż wszelkie makarony. Ale chyba nie mam jednej konkretnej ulubionej potrawy.

4. Czego jeszcze nie jadłaś a chciałabyś spróbować?
Ojj, jak zacznę wypisywać to nie skończę do jutra :D

5. Czego byś nie zjadła za żadne skarby świata?
Móżdżku...

6. Moim marzeniem jest...?
Mam kilka, ale nie będę pisać, żeby nie zapeszać ;)

7. Tworzenie (gotowanie, malowanie itp.) jest dla mnie...?
Nigdy nie stawiałam gotowania na równi z inną twórczością typu malowanie. A gotowanie jest dla mnie pasją, świetną zabawą, ale też sposobem na wyrażanie uczuć - miłości, sympatii itp.

8. Jaki film i książkę poleciłabyś mi?
Film - "Skazani na Shawshank". Ma już trochę latek, ale ja dopiero niedawno go obejrzałam. Rewelacja :)
Książka - cała seria "Świat dysku" T. Pratchetta. Nie ma lepszych :)

9. Co chciałabyś dostać w tym roku od Świętego Mikołaja? 
Tradycyjnie - coś do kuchni (taki nożyk obrotowy, którym się da wyciąć ząbki w ravioli!), jakąś książkę lub płytę... I może nowe buty do łaciny...

10. Twoja ulubiona kuchnia?
Wszystkie śródziemnomorskie.

11. Słabe strony mojego bloga to?
Oj tam, nie zauważyłam ;)

niedziela, 30 września 2012

Wątróbka drobiowa z cebulką

Dziś Dzień Chłopca, a ponieważ każdy mężczyzna w duchu ma coś z chłopca, więc wszystkim Panom dużym i małym życzę wszystkiego najlepszego, zdrowia i spełnienia marzeń. 

W dzisiejszym dniu nie mogłoby też zabraknąć męskiego gotowania, dlatego na blogu potrawa nie moja, a obiad, który wczoraj zrobił Małżon. W mojej ocenie jest on absolutnym mistrzem od wątróbki i nikt nie robi lepszej. 


Składniki (na 2 porcje):
350-400g wątróbki z kurczaka
2-3 cebule
mąka pszenna
sól
pieprz czarny
olej

1. Cebulę obieramy i kroimy w piórka. Wątróbkę dokładnie oczyszczamy z wszystkich błon i żył. Obtaczamy w mące.

2. Na patelni rozgrzewamy olej i podsmażamy cebulę, posypując ją solą i świeżo zmielonym czarnym pieprzem. Oleju powinno być trochę więcej niż zwykle na samo smażenie cebuli.

3. Gdy się zeszkli odsuwamy ją na brzeg patelni (jeśli boimy się, że się przypali, możemy ją na chwilę zdjąć). Na olej wrzucamy wątróbkę i obsmażamy ze wszystkich stron. Gdy się dobrze zrumieni przykrywamy patelnię na 3 minuty i zmniejszamy ogień.

4. Pod koniec smażenia wątróbkę solimy i posypujemy pieprzem. Mieszamy ze smażoną cebulką. Podajemy z ziemniakami z wody i z surówką.


czwartek, 16 sierpnia 2012

Horiatiki czyli letni klasyk

W końcu po kilku brzydkich dniach wróciło sierpniowe słońce. To dobrze, bo to znak, że jeszcze lato nie odeszło i że można wciąż liczyć na ładne, ciepłe dni. Właśnie z latem i słońcem kojarzy mi się horiatiki, popularnie nazywana u nas sałatką grecką. Zresztą jest to również dla mnie wspomnienie zeszłych wakacji na Krecie. To tam zresztą dowiedzieliśmy się jak wygląda ta tradycyjna sałatka i że wcale nie ma w niej sałaty ani kapusty pekińskiej (bo takie wariacje spotykaliśmy często w Polsce). Od tej pory w wersji jaką znamy z wakacji często robi ją Małżon. Nadaje się świetnie jako kolacja, albo jako dodatek do obiadu.


Składniki:
2-3 ogórki (chyba, że są bardzo długie to mniej)
3-4 pomidory
1 papryka (zielona lub czerwona)
2-3 dymki bez szczypioru
kilka-kilkanaście zielonych oliwek
kawałek sera feta
oliwa z oliwek
świeże oregano

1. Ogórki kroimy w grubsze półplasterki (1cm), pomidory w większą kostkę (ok 2cm), paprykę w paseczki lub obręcze, dymkę w plasterki lub półplasterki. Jeśli ktoś chce to można obrać ogórki i pomidory, my jemy ze skórką.

2. Układamy kolejno ogórki, następnie pomidory, cebulę i paprykę, rozrzucamy kilka oliwek. Na wierzch kładziemy plaster fety (na zdjęciu są mniejsze części, żeby łatwiej było nakładać, ale w Grecji był to po prostu jeden plaster).

3. Polewamy wszystko obficie oliwą i posypujemy porwanymi listkami oregano. My akurat w domu mamy oliwę już z przyprawami, dlatego nie jest konieczne dodatkowe użycie ziół.

4. Podajemy w postaci niewymieszanej.


Sałatkę zgłaszam do akcji:

niedziela, 18 marca 2012

Golonka gotowana

Dzisiaj Małżon uraczył mnie wspaniałym obiadkiem - golonką wg przepisu mojej Teściowej. Niestety nie można nabrać ochoty na takie mięsko w ostatniej chwili, bo trzeba jej dać dużo czasu na ugotowanie się. Nie oznacza to jednak, że trzeba włożyć w to dużo pracy, wręcz przeciwnie, to przepis z gatunku "robi się samo, a efekt jest świetny".


Składniki:
golonka wieprzowa
3 łyżeczka soli
3 liście laurowe
5 ziaren ziela angielskiego
15 ziaren czarnego pieprzu

1. Golonkę myjemy, wkładamy do garnka i zalewamy zimną wodą tak, żeby nie wystawała.

2. Stawiamy na nieduży ogień. Gdy woda się zagotuje, wrzucamy do wody sól, ziele angielskie, czarny pieprz i liście laurowe. Gotujemy tak około 3 godziny (w zależności od wielkości golonki), uzupełniając wodę co jakiś czas, jeśli wyparuje.

3. Po 3 godzinach podkręcamy ogień i dogotowujemy golonkę (około 45 minut). 

4. Zdejmujemy tłustą skórę i podajemy z ziemniakami i kiszoną kapustą lub ogórkami konserwowymi (u nas ta wersja), a także z musztardą i chrzanem.


Golonkę warto ugotować dzień wcześniej, a w dniu podania tylko dogotować.

niedziela, 22 stycznia 2012

Pasta jajeczna do pieczywa

Pewnie nie wszystkim wiadomo, ale autorem większości zdjęć do mojego bloga jest mój Mąż. Ja tylko sobie czasem coś tam pstryknę. Dzisiaj będzie krok dalej, czyli tworzę etykietę specjalnie dla poczynań mężowskich w kuchni. Na poprzednim blogu też taką miałam. Co prawda Małżon nie jest zapaleńcem jeśli chodzi o gotowanie, ale od czasu do czasu jednak coś upichci. W dodatku zazwyczaj bardzo udanie. Nie lubi tylko potraw, którym trzeba poświęcić dużo czasu, więc jego dania polecam do zrobienia wszystkim, którzy ekspresowo chcą zrobić coś dobrego.

Przepis na pastę dostał od Natalii z Poznania, którą pozdrawiamy.



Składniki:
5 jajek
starty ser żółty (objętościowo tyle co 3 plastry)
2 łyżki majonezu
sól
czarny pieprz

Do dekoracji:
natka pietruszki
kilka listków rukoli

1. Jajka gotujemy na twardo i studzimy. Ucieramy na tarce o grubych oczkach (albo jeszcze lepiej zatrudniamy do tego robot kuchenny). Ser również ucieramy.

2. Mieszamy utarte jajka i ser z majonezem. Doprawiamy solą i świeżo zmielonym pieprzem. Jak się trochę przegryzie to pasta jest gotowa.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...