środa, 17 lipca 2013

Tagliatelle w sosie warzywnym z frankfurterkami

Jakoś nie lubię zaczynać postów nawiązaniami do mojej pracy. To są tak odległe od siebie tematy, że to po prostu nie ma sensu, a poza tym bloguję przecież po pracy, trzeba się odprężać :) Ale dziś po prostu już żaden inny temat mi się nie nasuwa. Ostatnio strasznie goniły mnie terminy. Do poprzedniego piątku i do jeszcze poprzedniego też, miałam limity czasowe. Więc się sprężałam, robiłam, zmieściłam się jak trzeba. I miałam nadzieję, że w tym tygodniu będę miała nieco mniej do zrobienia. A jest tylko gorzej... No byle do kolejnego piątku :)

Dziś to nawet dobrze herbaty nie miałam czasu sobie zrobić, a dla mnie herbata w pracy to podstawowy warunek myślenia. Dobrze, że wcześniej zaplanowałam sobie na dziś makaron na obiad. Jakbym wiedziała, że będzie potrzebny, a przecież makaron na mnie zawsze dobrze wpływa. I wbrew temu jak może wyglądać na zdjęciu - to nie jest makaron po bolońsku. To jest jeden z makaronów Jamiego O. z książki "30 minut w kuchni". Oczywiście z moimi zmianami.



Składniki (na 4 porcje):
300g tagliatelle
200g surowych, wędzonych frankfurterek
puszka krojonych pomidorów (400g)
3 dymki bez szczypioru
2 łodygi selera naciowego
1 papryczka chili
1 marchew
4 ząbki czosnku
3-4 łyżki oliwy z oliwek
3 łyżki octu balsamicznego
czubata łyżeczka suszonego oregano
czubata łyżeczka suszonych porów
sól
pieprz czarny
ser do posypania (u mnie ser Corregio)
kilka listków świeżej bazylii

1.  Makaron gotujemy al dente.

2. Warzywa myjemy, marchew oskrobujemy, z papryczki wycinamy gniazdo nasienne. Dymkę, marchew, seler i papryczkę kroimy w małą kostkę i miksujemy na jednolitą masę.

3. Na patelni rozgrzewamy oliwę i wrzucamy masę warzywną, podgrzewamy 3-4 minuty od czasu do czasu mieszając. W tym czasie frankfurterki kroimy w kostkę i również miksujemy.

4. Frankfurterki dorzucamy na patelnię, podgrzewamy kolejne 5 minut, a miksujemy pomidory z czosnkiem, oregano, porami i octem balsamicznym.

5. Pomidory również dorzucamy na patelnię i dokładnie mieszamy. Wlewamy 100-150 ml wody od gotowania makaronu. Przyprawiamy do smaku solą i świeżo zmielonym czarnym pieprzem.

6. Mieszamy na patelni makaron z sosem. Na talerzach posypujemy serem i porwanymi listkami świeżej bazylii.


sobota, 13 lipca 2013

Azjatycka zupa z mięsem mielonym, warzywami i chińskim makaronem

W czwartek zakończyłam rehabilitację ręki, jeszcze jakąś tam małą różnicę co do stanu przed czuję, ale mam nadzieję, że już teraz będzie tylko lepiej. No i rehabilitacja oznaczała dla mnie, śpiocha, coś strasznego, bo często miałam zajęcia przed pracą, czasem nawet o 7 rano. Teraz z kolei nie mogę korzystać z uroków lipcowej soboty, bo mnie jakieś przeziębienie bierze. Ja po prostu czuję, że to od tego wstawania rano, takie coś przecież nie może prowadzić do niczego dobrego :D 

A dziś polecam fantastyczną zupę w stylu azjatyckim. Moim zdaniem może być samodzielnym obiadem, bo z tym mięsem i makaronem jest dość sycąca. Lista składników pozornie jest długa, ale jeśli często gotujecie azjatyckie dania, to prawdopodobnie większość składników macie w domu, a przypuszczam, że coś zawsze da się pominąć lub zastąpić. Przepis z książki "Dania z woka" M. Sauerborn z moimi zmianami. I nie z woka, bo nie posiadam, tylko z patelni i potem z garnka. 


Składniki (na 2 porcje):
180-200g mielonej wieprzowej łopatki
1 duża czerwona papryka
3 dymki ze szczypiorem
4 liście kapusty pekińskie
2 ząbki czosnku
3/4 litra bulionu warzywnego
50g chińskiego makaronu
3/4 łyżeczki marynowanych kawałków imbiru
1/4 łyżeczki zmielonego liścia kaffiru
1 łyżka sosu hoisin
1 łyżka sosu śliwkowego tajskiego
1 łyżka sosu sojowego
1/2 łyżeczki pasty galangalowej
3-4 łyżki oleju arachidowego
kilka plasterków świeżej chili
sól
czarny pieprz

1. Warzywa myjemy. Paprykę kroimy na ćwiartki i każdą z nich w poprzek na paseczki o grubości 0,5 cm. Liście kapusty pekińskiej kroimy wzdłuż na pół i także w poprzek na paseczki. Dymkę bez szczypioru kroimy w półplasterki. 

2. Na patelni rozgrzewamy olej arachidowy. Rozdrabiamy mięso mielone i wrzucamy na patelnię razem z czosnkiem przeciśniętym przez praskę. Posypujemy zmielonym liściem kaffiru i podsmażamy chwilę na dużym ogniu. Gdy mięso się zrumieni dorzucamy dymkę, a po dwóch minutach także kapustę i paprykę. Podsmażamy około 3-4 minut, aż warzywa trochę zmiękną. 

3. W garnku zagotowujemy bulion i wrzucamy do niego zawartość patelni. Dokładamy marynowany imbir wcześniej drobno posiekany, pastę galangalową oraz sosy hoisin, śliwkowy i sojowy. Gotować na niewielkim ogniu przez 10-12 minut. 

4. W tym czasie makaron chiński zalać wrzątkiem i odstawić na kilka minut wg przepisu na opakowaniu. Szczypior drobno posiekać. 

5. Pod koniec gotowania zupę doprawić solą i pieprzem. 

6. Nakładać makaron, zalewać zupą, posypać szczypiorem od dymki i plasterkami chili.

wtorek, 9 lipca 2013

Sałatka z cukinii i mozzarelli

Czytałam wiele fajnych przepisów na blogach kulinarnych, których geneza zaczyna się tak "sprzątałam/em dziś półki/szafkę/szuflady w kuchni i znalazłam/em zapomnianą paczkę/słoik/tubkę..." i tu wstawić jakiś produkt spożywczy. Dalej chodzi o to, że to była inspiracja na wykorzystanie i wyszło coś fajnego. Dzisiaj i ja wzięłam się za sprzątanie wszystkich półek w kuchni i miałam nadzieję, że coś znajdę i nastąpi ten wyczekiwany Fantastyczny Pomysł. Niestety chyba mam za dobrą pamięć, albo za mało wyobraźni. Z zapomnianych rzeczy znalazłam tylko jedną laskę cynamonu. Jakiś cukier cynamonowy z tego chyba zrobię. A inspiracji poszukam gdzie indziej.

Np. u Jamiego Olivera. W książce "30 minut w kuchni" wyszperałam świetną letnią sałatkę, dorzuciłam jeszcze suszone pomidorki i wyszło coś pysznego.


Składniki (na 2-3 porcje):
nieduża młoda cukinia
125g kulek mozzarelli z zalewy
2-3 suszone pomidorki z oliwy
duża gałązka mięty
1/2 świeżej papryczki chili
sok z 1/2 cytryny
3 łyżki oliwy z oliwek
różowa sól himalajska (może być również morska)
świeżo zmielony czarny pieprz

1. Cukinię myjemy, przekrawamy wzdłuż na pół i wyciągamy pestki. Przy pomocy obieraczki do warzyw kroimy ją we wstążki. Pomidorki kroimy w cieniutkie paseczki, mozzarellę odcedzamy.

2. Listki mięty i chili myjemy i drobno siekamy. Mieszamy z oliwą i sokiem z cytryny. Dressing doprawiamy solą i pieprzem.

3. Mieszamy sałatkę z dressingiem i od razu podajemy.


poniedziałek, 8 lipca 2013

Pieczony kurczak w winie z rozmarynem i warzywami

Wczoraj (właściwie to już przedwczoraj, nie wyrobiłam się z postem przed północą) wybrałam się na Targi Kulinarne Warszawski Smak w stołecznym klubie La Playa. Poszłam tam trochę z ciekawości, trochę w poszukiwaniu inspiracji oraz oczywiście fajnych produktów. Co jadłam, widziałam i kupiłam możecie zobaczyć na profilu fejsbukowym bloga. Największym hitem wczorajszego wyjścia były dla mnie jadalne robaki. Wbrew temu jak wyglądają, uprażone w woku są naprawdę smaczne. Oczywiście były też bardziej "normalne" produkty do spróbowania i kupienia. Dlatego jeśli będziecie mieć kiedyś okazję wybrać się na tego typu imprezę, koniecznie to zróbcie, nawet jeśli nie jesteście kulinarnymi poszukiwaczami przygód :)

A przepis dziś zupełnie z typowych produktów, żadnych robaków. Drób i warzywa. Wiem, że pieczenie kurczaka to trochę nie na tą pogodę, ale miałam ochotę zrobić dziś coś bardziej eleganckiego niż lunch na upały. Przepis z "Kuchni francuskiej" S. Koch z moimi zmianami.


Składniki (na 4 duże porcje):
1 kurczak wypatroszony, bez podrobów
2-3 marchewki
4 gałązki selera naciowego
3 cebule
1 mały por
puszka kukurydzy
2 ząbki czosnku
4 czubate łyżeczki koncentratu pomidorowego
szklanka białego wina wytrawnego lub półwytrawnego
1/2 szklanki bulionu drobiowego lub warzywnego
5 łyżek oliwy
4 gałązki świeżego rozmarynu
sól
czarny pieprz

1. Umytego i osuszonego kurczaka nacieramy solą i pieprzem z zewnątrz i od wewnątrz. Dwie gałązki rozmarynu wkładamy do środka kurczaka.

2. Piekarnik nagrzewamy do 210 stopni. W brytfance rozgrzewamy oliwę. Układamy kurczaka na brzuchu w brytfance i podpiekamy 10 minut. Moje naczynie można też stawiać na płycie elektrycznej, dlatego ja swojego kurczaka po prostu podsmażyłam.

3. Odwracamy kurczaka na grzbiet i wkładamy do piekarnika na 40 minut w zamkniętej brytfance.

4. W tym czasie myjemy, obieramy i kroimy warzywa - cebulę w półplasterki, por, marchew i seler w półcentymetrowe plasterki. Czosnek przeciskamy przez praskę. Mieszamy warzywa z czosnkiem i koncentratem pomidorowym.

5. Po tych 40 minutach układamy warzywa na dnie naczynia, polewamy kurczaka i warzywa winem i wstawiamy do piekarnika na kolejne 20 minut. 

6. Po tym czasie dorzucamy kukurydzę, wlewamy bulion i układamy dwie gałązki rozmarynu w brytfance.  Wkładamy jeszcze na 15-20 minut do piekarnika. Ja na ostatnie 8 minut zdjęłam pokrywę, aby uzyskać bardziej przypieczoną skórkę.



W książce polecano podawać z młodymi ziemniaczkami, ale ja podałam z kuskusem. Warzywa są w takiej ilości i są tak smaczne, że już moim zdaniem nie trzeba żadnej surówki do takiego obiadu. Kurczak przechodzi również smakiem warzyw i rozmarynu, dlatego nie trzeba kombinować z przyprawami - to co jest w przepisie w zupełności wystarczy :)

środa, 3 lipca 2013

Makaron z truskawkami

Dziś w końcu wróciłam na taniec. Bez tego już mnie nosiło. Po pierwszych pourazowych zajęciach wszystko zaczyna się układać na swoje miejsce. Tyle rzeczy musiałam przerwać lub przełożyć przez tą rękę. Wciąż jeszcze nadrabiam zaległości w różnych dziedzinach.

Jedną z nich jest kolejny Liebster, do którego nominował mnie Piotr z bloga Taste Inspirations, za co serdecznie dziękuję. Tak jak ostatnio, nie chcę nikogo wyróżniać ze względu na to, że dużo blogów, które lubię po prostu było już nominowanych. Ale na pytania zawsze chętnie odpowiadam.

1. Czego byś nigdy nie zjadła?
Móżdżku. I tej japońskiej ryby co jak jest źle przyrządzona, to można nie przeżyć.

2. Jaki jest twój ulubiony przepis na jajecznicę?
Taki najprostszy. Na maśle. Tylko jajka i odrobina soli. 

3. Obiad na ostro czy na słodko?
Zdecydowanie na ostro, choć dzisiejszy przepis na to nie wskazuje.

4. Mięso czy warzywa?
A muszę wybierać? 

5. Przepisy sprawdzone czy eksperymentalne?
Zależy od nastroju i od tego czy mam czas. Generalnie i takie i takie.

6. Jaki napój do obiadu?
Najchętniej jakiś sok. Czasem piwo lub wino.

7. Na deser słodycze czy owoce?
W sezonie owoce, natomiast zimą zdecydowanie słodycze.

8. Ulubiony kulinarny zakątek świata?
Rejon Morza Śródziemnego.

9. Ryż, kuskus czy ziemniaki?
Raczej makaron. Ale też zależy do czego, więc jem także te wymienione.

10. Najdziwniejsze danie jakie jadłaś?
Dziwne to są niektóre dania, których jeszcze nie jadłam. Jak już na coś się skusiłam, to przecież nie jest już takie dziwne :)

11. Ulubiona przekąska?
Kawałek dobrego sera.

A teraz zapraszam znowu na makaron (co nie jest takie dziwne czytając punkt 9). Właściwie trudno to nazwać przepisem, ale czasem już tak jest, że się ma smaki na rzeczy ogólnie znane i nieskomplikowane.


Składniki (na 3 porcje):
200g makaronu (waga przed ugotowaniem)
2 szklanki umytych truskawek bez szypułek
1/2 szklanki jogurtu greckiego
cukier (zwykły lub trzcinowy)

1. Makaron gotujemy do miękkości. Do tego swojskiego dania aż nie pasuje określenie "al dente" :)

2. Truskawki miksujemy z jogurtem i polewamy tym makaron. Możemy od razu dosłodzić do smaku. Ponieważ ja wolę mniej słodkie niż Małżon, posłodziłam tylko łyżeczką cukru, a resztę dosładzaliśmy każdy sobie według gustu.


wtorek, 2 lipca 2013

Mleczny koktajl orzeźwiający cytrusowo-melonowy i jeszcze o Chorwacji

Ostatnio opowiedziałam troszkę o tym, co można zjeść w Chorwacji "na mieście". Ale nie samym knajpianym jedzeniem człowiek żyje i dziś o innych aspektach związanych z jedzeniem. Tu na pierwszy plan wysuwa się półwysep Pelješac. Jest to region winny, z którego pochodzi wino Plavac Mali. Winnice reklamują się przy drodze i w kilku zrobiliśmy przystanki. Ponieważ początek czerwca to jeszcze w Chorwacji nie sezon, ludzi było mało i w prawie każdej winnicy pracownicy mieli dla nas czas. Opowiadali więc nam o swoich szczepach, o uprawie winorośli, wyciągali mapy i pokazywali gdzie uprawiają jaką winorośl i dlaczego wino z danego obszaru różni się od wina uprawianego przecież tylko kawałek dalej. W jednej winnicy wpuszczono też nas do piwnicy pod winiarnią. A wszystkiemu towarzyszyła oczywiście degustacja. W zeszłym roku na Węgrzech w winnych okolicach byliśmy w sezonie i przez to degustacja oczywiście była, ale niczego ciekawego się nie dowiedzieliśmy. Pelješac to jednak nie tylko wino, ale także małże i ostrygi. Znajdują się tam bowiem hodowle tychże żyjątek, a przy drodze można je nabyć świeże i za przystępną cenę. My nie chcąc gotować w apartamencie skusiliśmy się na świeże ostrygi. Ja wprawdzie wiedziałam już, że ich nie lubię, ale Małżon namówił mnie, mówiąc, że takie świeże i to w Chorwacji może mi zasmakują. Niestety ostrygi to w tej chwili jedyne owoce morza, na widok których ślinka mi nie cieknie. Przy wjeździe na półwysep, w miejscowości Ston znajdują się saliny, w których sól pozyskuje się metodą odparowywania wody w płytkich, niedużych basenikach. W Chorwacji są dwa miejsca z takimi Salinami, właśnie Ston oraz Nin. To drugie miasteczko leży niedaleko mostu na wyspę Pag, która kulinarnie słynie z owczego sera Paškiego. Tam również zajrzeliśmy do gospodyni wytwarzającej ten specjał, popróbowaliśmy ser dojrzały oraz zupełnie świeży i obejrzeliśmy leżakujące zapasy sera. W ogóle sery w Chorwacji są rewelacyjne, nam najbardziej do gustu przypadł Livanjski. 

Wspomnieniem tego pysznego sera kończę opowieści o Chorwackim jedzeniu. A dziś przepis na coś, co  z pewnością pasuje do każdych wakacji :)


Składniki (na 2 porcje):
1,5 szklanki mleka
1 czerwony grapefruit
1/2 limonki
1/4 żółtego melona
4-5 listków mięty
2 łyżki miodu

1. Ćwiartkę melona obieramy ze skórki i kroimy w kawałki. Z limonki i grapefruita wyciskamy sok. Wszystko wkładamy do kubka miksującego albo do naczynia, w którym będziemy miksować. Jeśli z limonki i grapefruita zachowa się trochę miąższu, tym lepiej.

2. Wlewamy mleko do owoców i dodajemy miód oraz umyte listki mięty. Miksujemy na jednolitą masę. Podajemy od razu, bo ten koktajl lubi się rozwarstwiać gdy chwilę postoi.


Przepis zgłaszam do akcji:

piątek, 28 czerwca 2013

Prosta tarta z kremem mascarpone i truskawkami oraz kulinarnie o Chorwacji

Jak już wspomniałam w ostatnim poście, gips nie przeszkodził mi pojechać na urlop, w tym roku do Chorwacji (ściślej do Dalmacji, a w drodze powrotnej także do Zagrzebia). Jest to na tyle popularny kierunek wakacyjny, że duża część z Was pewnie już tam była. Mimo to i tak opiszę swoje doświadczenia, może komuś kto jedzie tam po raz pierwszy pomoże to poszukiwać w menu nie tylko ćevapčići oraz pljeskavicy (choć to również pyszna propozycja).

Dawno temu usłyszałam opinię, że w Chorwacji wygląda, jakby ich narodową potrawą była pizza. Jak najbardziej można odnieść takie wrażenie, pizzerie są na każdym kroku, a pizza występuje w większości menu lokali, które pizzerią nie są. W niemal każdym lokalu można też dostać różne typy makaronu z mieszanką owoców morza (czasem również risotto i sałatki frutti di mare). Oczywiście jeśli trafimy do dobrego lokalu, to z takiego spaghetti będziemy bardziej zadowoleni niż w Polsce, a to z racji świeżości morskich płodów. A co z bardziej regionalnym jedzeniem?

Naszą podróż zaczęliśmy trzema nocami w Dubrowniku. Tam miałam wrażenie, że potrawy, o których wcześniej czytałam po prostu nie istnieją (a jeśli już przypadkiem zaistnieją w jakiejś pojedynczej restauracji to z pewnością będą zbyt drogie, żeby sobie na nie pozwolić). Na szczęście później było tylko lepiej. Za najlepszą rzecz, jaką jedliśmy z Małżonem, uważamy hobotnicę na buzaru w restauracji Marco Polo w miejscowości Korčula na wyspie o tej samej nazwie. Była to strasznie szczęśliwa pomyłka, ponieważ pomyliły mi się znaczenia i myślałam, że zamawiamy grillowaną ośmiornicę (hobotnica na żaru), a dostaliśmy ośmiornicę w czymś, co można nazwać lekkim gulaszem, czy też potrawką zrobioną z cebuli, pomidorów, czosnku, oliwy z oliwek, wina i ziół (oraz może jakichś innych składników, których nie wyczułam). To był hit wyjazdu, którego już nie udało się powtórzyć, może dlatego, że znacznie częściej na buzaru występują krewetki lub małże. Z hobotnicy jadłam również rewelacyjną sałatkę, w której to ośmiornica stanowiła naprawdę 80% składu, reszta to oliwki, cebula i kapary, które nawiasem mówiąc dopiero w tym roku mi zasmakowały, zawsze byłam wrogiem kaparów. To, że pomyliłam się ze słowem "na żaru" nie przeszkodziło cieszyć się grillowanymi smakami później - kilkukrotnie jedliśmy grillowane pyszne, świeże kalmary w całości oraz ryby. Jako dodatek zamawialiśmy blitvę z krompirem czyli blitwę z ziemniakami zwaną niekiedy blitwą po dalmatyńsku. Blitwa to liście podobne trochę do szpinaku. Blitwa mieszana była z gotowanymi ziemniakami pokrojonymi w kostkę, oliwą i szpinakiem, pycha po prostu :) Z mięsnych dań najlepiej wspominam pašticadę z gnocchi. Pašticada to wołowina szpikowana boczkiem, czosnkiem i marchewką podawana w lekko kwaśnym sosie. Naprawdę obłędna. A jeśli chodzi o desery, to próbowaliśmy dalmatyński deser - rozatę. W smaku przypomina trochę crema catalana lub też karmelowy flan. Jeśli będziecie w Zagrzebiu poszukajcie również štruklji - jest to niby deser, niby danie. W sumie trudno mi to opisać, ale jest to rodzaj ciasta pośredniego między naleśnikami, leniwymi i pierogami z serowym nadzieniem, polane bułką tartą.

Na osobne kilka słów zasługuje fast food. Na początku wspomniałam już o ćevapčići i pljeskavicy. Oprócz tego, że występują w prawie każdym menu restauracji z frytkami, ajwarem i surową cebulą, można je również zamówić w bułce w fastfoodowych okienkach na ulicy (wtedy również są z ajwarem i cebulą). Jednak to co zasługuje naprawdę na uwagę to burek, sprzedawany zarówno w okienkach, jak i w prawie każdej piekarni. Jest to rodzaj tłustego, nadziewanego ciasta zawijanego w ślimaka. My próbowaliśmy z mięsem oraz z serem, ale występował również ze szpinakiem, z ziemniakami, a nawet w wersji słodkiej z jabłkami lub z wiśniami. Uwaga jednak, burek jest strasznie zapychający.

A na koniec o minusach kulinarnych całej tej eskapady. Tu pisałam tylko o tych pozytywnych aspektach i pysznych obiadach, ale gastronomia w Chorwacji jest strasznie nierówna. Dla porównania - na Krecie lub w Rzymie nie zdarzyło nam się zjeść źle, nawet w tanich miejscach. Na Węgrzech też raczej gastronomia stała na wysokim poziomie (poza jednym wyjątkiem potwierdzającym regułę). Nie wiem czy to kwestia naszego szczęścia, ale były tam tylko rzeczy dobre, bardzo dobre i pyszne. W Chorwacji to już zupełnie inna sprawa, wcale nie byliśmy pewni jak trafimy, obok dobrych knajp zdarzały się mocno kiepskawe i dlatego wybieranie knajpy zajmowało nam dużo czasu, a jak już jakąś dobrą ustrzeliliśmy to się jej w miarę możliwości trzymaliśmy (nocowaliśmy w ciągu 2 tygodni w 5 miejscach, więc nie było to zawsze możliwe).

Dziś było o jedzeniu w knajpach, w następnym poście opowiem o innych aspektach około kulinarnych Chorwacji - o winach, napojach, produktach w sklepie itp.

Rozgadałam się, ale czas pochwalić się wypiekiem - tartą z truskawkami. 


Składniki (na formę o średnicy 24 cm):
250g mąki pszennej (dałam typ 500)
160g cukru pudru
150g masła + trochę do wysmarowania formy
szczypta soli
250g serka mascarpone
2 żółtka
truskawki
wiórki czekoladowe, kokosowe lub płatki migdałowe do posypania (opcjonalnie)


1. Z mąki pszennej, masła pokrojonego na mniejsze kawałki, soli (dosłownie czubeczek noża) i 100g cukru pudru zagniatamy jednolite ciasto, przykrywamy ścierką i wkładamy na 30-40 minut do lodówki.

2. Piekarnik  nagrzewamy do 200 stopni. Formę do tarty smarujemy masłem, po czym wylepiamy jej dno i brzegi ciastem. Ciasto rwie się i kruszy, więc nie nadaje się do wałkowania. Nakłuwamy ciasto w kilku miejscach widelcem i wkładamy na 20-25 minut do piekarnika. Po tym czasie zostawiamy spód do wystudzenia.

3. Żółtka miksujemy z resztą cukru pudru na jednolitą masę. Potem dodajemy stopniowo serek mascarpone i dalej miksujemy. Mi się krem na początku nie chciał ubić, trzeba odrobinę czasu. 

4. Krem wykładamy na wystudzoną tartę. 

5. Truskawki myjemy i usuwamy szypułki. Wysuszone układamy na kremie. Ja miałam małe więc użyłam całych, ale można też układać plasterki, połówki itp. Byle ładnie wyglądało :) 

6. Ponieważ ciasto i krem są jasne, posypałam gotową tartę gotowymi wiórkami czekoladowymi, bo brakowało mi optycznie ciemniejszego akcentu, ale równie dobrze można to pominąć, albo użyć wiórek kokosowych czy też płatków migdałowych.

7. Gotową tartę wkładamy na kilka godzin do lodówki, a najlepiej na całą noc. Możemy podać ją z lodami, bitą śmietaną albo solo.



czwartek, 20 czerwca 2013

Fusilli z cukinią w sosie pomidorowo-mascarpone i powrót do świata blogujących

Wracam. Do gotowania, do bloga... I do Was. Dziękuję bardzo wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki i przekazywali mi słowa otuchy, życząc powrotu do zdrowia :)

Niestety jeszcze nie wracam do tańca. I nie do roweru, ani żadnego innego sportu. Powoli z tym, bo dopiero od kilku dni chodzę bez gipsu. Moja ręka nie jest jeszcze w pełni sprawna i czasem boli. Od wczoraj chodzę na rehabilitację i już nie mogę się doczekać, aż nie będę musiała pamiętać o kontuzji. Z tym powrotem do kuchni też nie jest jeszcze tak różowo. Krojenie większych ilości na razie jeszcze odpada. Dlatego bardziej niż zwykle polegam na pomocy Małżona. W poniedziałek zrobiliśmy horiatiki - ja pokroiłam połowę składników, a drugie pół pokroił Małżon, bo mi się ręka zmęczyła. We wtorek zrobiliśmy kurczaka w ananasie - tym razem całe krojenie zostawiłam Małżonowi, sama przygotowałam składniki marynaty, smażyłam, gotowałam ryż... Ale samo to, że mogę wrócić do kuchni to już dla mnie wielka frajda. A jak mi ten kurczak smakował! Chyba jak nigdy.

Nie mogę też powiedzieć, że w ogóle nic nie ugotowałam gdy miałam tą rękę w gipsie. Gotowałam często jajka na twardo i wodę na herbatę :) Raz ugotowałam też zupę grzybową. Z mrożonki i kostki rosołowej. Jak ktoś mi wypomni tę niezdrową kostkę teraz, to normalnie uduszę. Nie dałabym rady wtedy obrać nawet jednej marchewki na bulion. A tak miałam zupę :) Ale głównie gotował Małżon, albo wychodziliśmy do okolicznych knajpek, gdyż i bez żywienia nas miał cały dom na głowie. Z gipsem pojechałam też na wakacje do Chorwacji i tam już zupełnie żywiliśmy się w knajpkach (kulinarna relacja z Chorwacji już wkrótce).

Był jednak w tym całym zagipsowaniu jeden wyjątkowy dzień. Małżon zaprosił mnie do kuchni, został moimi rękami, a ja byłam mózgiem. To było takie gotowanie na trzy ręce. On kroił, wrzucał na patelnię itp. Ja tylko mieszałam zdrową ręką i przyprawiałam. Efekt tego przedstawiam dziś, choć zdjęcia zostały zrobione przed naszym urlopem. Przepis z głowy.


Składniki (na 4 porcje):
250-300g makaronu fusilli (lub innego)
ząbek czosnku
2 suszone peperoncini
2 puszki pomidorów
250g serka mascarpone
1 cukinia
sól
pieprz
2 łyżeczki ziół prowansalskich
1/4 łyżeczki cukru
2-3 łyżki oliwy

do posypania
starty żółty ser
porwane świeże listki bazylii
płatki chili (opcjonalnie)

1. Makaron gotujemy al dente.

2.  Cukinię myjemy, przekrawamy wzdłuż na pół i każdą połowę kroimy w plastry grubości ok. 1 cm. Ząbek czosnku obieramy i lekko zgniatamy płaską częścią noża.

3. Na patelni rozgrzewamy oliwę i wrzucamy na minutę-dwie ząbek czosnku i peperoncini. Po tym czasie wyjmujemy je (chodzi tylko o to, żeby oliwa nabrała trochę aromatu).

4. Wrzucamy cukinię na patelnię, lekko solimy i posypujemy pieprzem, podsmażamy aż będzie półmiękka. Wtedy dokładamy pomidory i mieszamy tak długo aż sos zgęstnieje.

5. Dorzucamy ser mascarpone, zioła prowansalskie i cukier. Podgrzewamy, stale mieszając, aż ser się rozpuści. Wtedy próbujemy, dodajemy jeszcze trochę ziół, soli lub pieprzu jeśli potrzeba i podajemy.

6. Na talerzu posypujemy żółtym serem i porwanymi listkami świeżej bazylii. Ja sobie jeszcze posypałam kilkoma płatkami chili, ale Małżon z tego zrezygnował.


wtorek, 7 maja 2013

Przymusowa przerwa w kuchni

"Ma pani szczęście. Złamanie jest ładne, bez obrzęku, bez przemieszczeń" - usłyszałam. Nieważne jak "ładne" jest moje złamanie, oznacza dla mnie kilkutygodniową przerwę w kuchni. Z następnymi przepisami wrócę więc pewnie gdzieś w połowie czerwca. Mam nadzieję, że i Wy, Czytelnicy, wrócicie wtedy na mój blog. Tymczasem zamiast zdjęcia jedzenia, mogę dziś zamieścić tylko fotę mojego gipsu...


środa, 1 maja 2013

Chorizo z miodem i czosnkiem

Węgrom i Hiszpanom zazdroszczę pikantnych, paprykowych kiełbas. Wiem, że niektóre można dostać u nas (o chwała globalna wiosko!), ale nie zawsze i nie w takim wyborze, więc nadal jest czego im zazdrościć :)

Do zrobienia tej przystawki przymierzałam się dwa razy, pierwszy raz właśnie nie było chorizo w sklepie, w którym zawsze przedtem ją widziałam :/ Na szczęście potem zawsze znowu była i przekąska jest. Przepis od Jamiego Olivera, z książki "Kulinarne wyprawy Jamiego", proporcje troszkę przeze mnie zmienione. Mi ona bardzo zasmakowała, ale Małżon stwierdził, że woli chorizo  na kanapkę na zimno.


Składniki:
200g pikantnej kiełbasy chorizo
4 ząbki czosnku
2 łyżeczki miodu
1 łyżka białego octu winnego
1 łyżka białego wytrawnego wina

1. Chorizo kroimy w plastry o grubości 0,5cm. Czosnek obieramy i kroimy w plastry o grubości 2mm.

2. Chorizo podsmażamy na patelni, możemy dodać łyżkę oliwy, ale ponieważ z chorizo dość dużo tłuszczu się wytapia, nie jest ona konieczna.

3. Po 4 minutach dodajemy czosnek i smażymy dalej. Po kolejnych trzech minutach dodajemy miód, ocet i wino, mieszamy. Smażymy kolejne 3 minuty, po czym ciepłe podajemy z pieczywem.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...