sobota, 30 stycznia 2016

Tarta a'la blok czekoladowy

W końcu etykieta "Małżon w kuchni" doczekała się pierwszego deseru. Od dawna Małżon o nim mówił, ponieważ dla niego to niezapomniany smak dzieciństwa zwany po prostu czekoladą cioci Marysi, chociaż wiele osób zna to raczej jako blok czekoladowy. Niestety pierwsze próby odtworzenia tego smaku nie zakończyły się powodzeniem. Pełen podziwu upór i kilka uwag od cioci Teresy zaowocowały wreszcie upragnionym sukcesem. A Małżona własna kreatywność spowodowała, że u nas w domu zmieniło się to w tartę na petitkach, która ozdobiona bakaliami może na stole uchodzić właśnie za tartę na słodko. A nawet na bardzo, bardzo słodko.


Składniki (na formę do tarty o średnicy 26cm):
2 szklanki cukru
250g palmy (może być masło)
3 lekko czubate łyżki kakao (najlepsze takie "z wiatraczkiem")
3 szklanki mleka w proszku
0,5 szklanki mleka
1/3 szklanki mielonych orzechów włoskich
15-18 petitków
ulubione bakalie do dekoracji (rodzynki, orzechy, płatki migdałowe)

1. Wszystkie składniki przygotowujemy sobie wcześniej pod ręką, bo akcja robienia jest szybka. 

2. Dno tarty wykładamy petitkami. Palmę kroimy w kostkę. 5 petitków rozgniatamy w moździerzyku na okruchy.

3. W garnku na średnim ogniu rozpuszczamy palmę. Gdy się rozpuści dodajemy kakao, cukier i mleko w płynie. Mieszamy wszystko razem intensywnie aż cukier się rozpuści i nie będzie kakaowych grudek (cytat z Małżona: grudkowalność zerowa).

4. Podgrzewamy wszystko razem aż zabulgocze, powinno to zająć 3-5 minut. Wtedy zdejmujemy z ognia, dodajemy mleko w proszku i wszystko razem mieszamy mikserem lub blenderem na gładką masę.

5. Wsypujemy okruchy petitkowe i mielone orzechy. Mieszamy i wylewamy do formy na warstwę petitek. Dekorujemy ulubionymi bakaliami i odkładamy na noc do lodówki.


piątek, 29 stycznia 2016

Greckie mini-zapiekanki na cieście francuskim

Jeśli miałabym wskazać jeden uniwersalny składnik na przekąski do nasiadów ze znajomymi to wahałabym się między ciastem francuskim i meksykańskimi tortillami, ze zwycięstwem jednak tego pierwszego. Tarty, koperty, zawijańce; serowe, warzywne, mięsne czy na słodko. Zależnie od wyobraźni albo... aktualnej zawartości lodówki. Ostatnio zaważyło znowu to ostatnie - rzeczy akurat pod ręką. A wyszło jedno z lepszych połączeń. 


Składniki (na 8 mini zapiekanek):
arkusz ciasta francuskiego
200g sera feta
kilkanaście oliwek
kilkanaście pomidorków cherry
suszone oregano
roszponka
oliwa z oliwek (czosnkowa, ziołowa, cytrynowa)

1. Ciasto francuskie tniemy na 8 prostokątów. Na każdym rozkładamy połówki oliwek, połówki pomidorków i kostki fety. Posypujemy oregano.

2. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 15-18 minut.

3. Na stole stawiamy miseczkę z roszponką (rukolą, kiełkami) i buteleczkę oliwy. Każdy wkłada zielone na zapiekankę i polewa oliwą w wybranym smaku.


poniedziałek, 25 stycznia 2016

Naleśniki z czerwoną fasolą i sosem jogurtowo-koperkowym

Powstanie tej naleśnikowej kompozycji smakowej było następujące. Przygotowałam stanowczo zbyt mało pieczarkowego nadzienia, które starczyło tylko na połowę usmażonych przeze mnie naleśników. W cargo znalazłam puszkę czerwonej fasoli i pomidorów. Umyśliłam sobie do tego sos z awokado. Po czym awokado zużyłam do czegoś innego. Na szczęście wciąż w lodówce była resztka koperku. I jogurt. Nie od dziś wiadomo, że kombinacje z resztek są najlepsze, więc te naleśniki jeszcze nieraz u nas zagoszczą.


Składniki:
puszka krojonych pomidorów
pół puszki fasoli
1 mała cebula
1/2 płaskiej łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
1/2 płaskiej łyżeczki suszonej kolendry
1/2 płaskiej łyżeczki mielonej słodkiej papryki
szczypta pieprzu cayenne
sól morska
czarny pieprz
2 łyżki oliwy do smażenia

Na sos:
3 czubate łyżki jogurtu greckiego
3 gałązki koperku
sól morska
pieprz czarny
1/3 płaskiej łyżeczki słodkiej papryki

4 naleśniki usmażone np. według tego przepisu.


1. Cebulę obieramy i kroimy w drobną kostkę, podsmażamy na oliwie. Dodajemy puszkę krojonych pomidorów, przyprawy i 4-5 łyżek wody. Dusimy na małym ogniu około 5-7 minut.

2. Dodajemy fasolę i podgrzewamy jeszcze 2-3 minuty.

3. Koperek siekamy. W miseczce mieszamy jogurt grecki z koperkiem i słodką papryką. doprawiamy solą i pieprzem.

4. Nakładamy nadzienie do naleśników i zwijamy w ruloniki lub koperty. Każdy naleśnik przyozdabiamy kleksem sosu jogurtowo-koperkowego.


sobota, 16 stycznia 2016

Sałatka walencka

Czytałam niedawno artykuł o tym, dlaczego szczególnie zimą powinniśmy jeść pomarańcze. Wszystko fajnie, tylko Małżon kilka razy stwierdził, że nie lubi pomarańczy. Inna kwestia, że ilekroć na stole pojawiała się sałatka z pomarańczami (np. marokańska lub holenderska), to jadł aż mu się uszy trzęsły. Sok z pomarańczy zwykle też znajduje uznanie. Zrobiłam dzisiaj więc sałatkę, w którym głównym składnikiem była pomarańcza i przy okazji zapytałam, jak z tymi pomarańczami. Okazało się, że tyle czasu żyłam w nieświadomości, że Małżon nie lubi pomarańczy jak ma je obierać, jak ja je obiorę to lubi i to bardzo.

Wracając do sałatki, ciekawe było połączenie pomarańcza - szalotka. Czytałam kiedyś o sałatce gdzie poza dressingiem były tylko czerwone pomarańcze i czerwona cebula. Wtedy taka sałatka wydawała mi się wprost niedorzeczna, a dziś nie jestem już tej niedorzeczności taka pewna :) Pewna jestem natomiast, że sałatkę walencką powtórzymy niejednokrotnie. Oryginalny, hiszpański przepis bez moich zmian można znaleźć w książce "Kuchnia hiszpańska. Podróże kulinarne".


Składniki (na 2 porcje):
2 pomarańcze
10-12 czarnych oliwek
1 średni pomidor
1 awokado
70-80g sera manchego
2 szalotki
2 łyżki soku z pomarańczy
2 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżka białego octu winnego
1/2 ząbka czosnku
3 gałązki mięty
czarny pieprz


1. Pomarańcze dzielimy na cząstki i każdą kroimy na pół. W miarę możliwości pozbawiamy białych błonek. Układamy na talerzu.

2. Obrane awokado i ser kroimy w kostkę, pomidor w ósemki. Oliwki, awokado i ser układamy na pomarańczach.

3. Szalotki obieramy i kroimy w cienkie plasterki. Rozrzucamy na sałatce.

4. Listki mięty siekamy, czosnek przeciskamy przez praskę. Mieszamy razem w słoiczku sok pomarańczowy, oliwę z oliwek, ocet winny, miętę, czosnek i czarny pieprz. Polewamy sałatkę i podajemy.


Przepis zgłaszam do akcji:


wtorek, 12 stycznia 2016

Jamajka - zwiedzanie żołądkiem

Ostatnio zamiast gotować i blogować spełniałam swoje marzenie - w grudniu spędziłam 3 tygodnie na Jamajce. Wróciłam zakochana po uszy w tym kraju, ludziach, pogodzie, wszechobecnym luzie i kolorze wody. Kulinarnie to też była ciekawa wyprawa - kilku rzeczy, które jedliśmy nawet nie potrafię przetłumaczyć na polski :) Postaram się jednak przybliżyć kilka typowych potraw i składników.

Zdecydowanie najciekawszą rzeczą jaką jedliśmy jest ackee. Jest to owoc - symbol Jamajki, którego nie je się na surowo, a dopiero po usmażeniu. Co ciekawe wygląda wtedy tak:


Ackee to jest ta jajecznica na zdjęciu :) Podaje się to zwykle z soloną rybą - w śniadaniowym menu widnieje jako ackee and saltfish. Solona ryba występuje też czasem z pomidorami lub papryką - również na ciepło jako danie śniadaniowe. Jedno jest pewne - śniadania na jamajce są ogromne. Na zdjęciu powyżej na uwagę zasługuje również callaloo - to jest to zielone, odpowiednik szpinaku. Na talerzu również widnieje smażony słodki banan, gotowany zielony banan (kompletnie bez smaku), kawałek ziemniaka, bammy (paskudne w smaku), kawałek drzewa chlebowego (znowu bez smaku), smażony pieróg i tost. Za to sam owoc ackee na zdjęciu poniżej:


Inne dania jedzone na śniadanie są już bardziej typowe - prawie wszędzie da się zamówić omlet, tosty lub sałatkę owocową.


Oprócz ackee, nie można wyjechać z wyspy nie próbując jerku. Najczęściej jest to kurczak. Marynuje się go w mieszance jerk (występuje jako przyprawa i jako pasta) i grilluje pod przykryciem. Opał obowiązkowo musi mieć dodatek zielonego drzewa. Najlepszy jedliśmy w Kingston - z ulicznego stoiska. Pan zdjął kurczaka z grilla, pociachał maczetą, polał sosem o nazwie jerk (a jakże) i ketchupem, położył na to kawałek chleba i zawinął w folię aluminiową, nawet nie że dostaliśmy to w pudełku. Zanieśliśmy to do domu i rozpłynęliśmy się z zachwytu. Fotogeniczne to nie było.


Oczywiście można dostać jerk chicken również w naczyniu, ale to już nie to samo :) Oprócz kurczaka zamarynowana w jerku i grillowana bywa wieprzowina, kiełbasa, ryba, a nawet ostrygi.


Jamajczycy bardzo często lunch lub obiad biorą na wynos w pudełkach. Oprócz kurczaka w różnych postaciach (smażony, grillowany, jerk, w panierze podobnej do KFC) popularne są wszelkie gulasze. Typowe pudełko zakupione w miejscu gdzie żywią się lokalni mieszkańcy - gulasz wołowy:


W Kingston byliśmy również w knajpce serwującej lokalne jedzenie. Miły pan kelner powiedział, że możemy mieć połówki dwóch dań, bo dodatki są te same. Wzięliśmy więc po pół curry z koziny i potrawki z ogona wołowego. Typowym dodatkiem bywa ryż z fasolą, a także smażone banany.


Rzadziej w lokalnych punktach spotyka się rybę, natomiast owoce morza raczej w restauracjach, w których stołują się zagraniczni turyści. Tu jednak przydało się zwiedzanie z dala od hoteli i kurortów - nasz gospodarz w jednej z miejscowości, w których nocowaliśmy, Treasure Beach, poradził nam gdzie kupić żywe homary prosto od rybaka, a potem pomógł nam je ugotować. To była przygoda. Homary przed gotowaniem w garnku:


A tu kawałek homara po ugotowaniu:


 Jeśli nie jest się głodnym na obiad, w wielu miejscach można dostać fajną przekąskę - patty. Jest to rodzaj pasztecika z nadzieniem. Nadzieniem może być praktycznie wszystko - kurczak, wołowina, krewetki, callaloo, warzywa, ser... Tu na zdjęciu z wołowiną.


Na koniec warto wspomnieć o napojach. Jamajczycy mają przepyszną kawę - Blue Mountain. Mają też okropny rum - ale to już kwestia gustu. Mi w niczym nie przypominał rumu znanego z mojito, za to bardzo jakiś tani bimber. Zostawało mi więc lokalne piwo Red Stripe, albo bezalkoholowe napoje. Wcale mnie to nie martwiło. Na Jamajce jest bowiem duży wybór owoców egzotycznych, z których robione są przepyszne soki. Hitem dla mnie jest sok z soursop (nie wiem jak przetłumaczyć na polski), orzeźwiający, lekko kwaskowy. Kolejnym hitem jest woda prosto z kokosa:


Najlepszym jednak wspomnieniem jest koktajl z papai, ananasa i banana, w uroczej knajpce z widokiem na Morze Karaibskie:


Tym miłym akcentem kończę kulinarną relację, zapraszam na fejsbukowy profil po więcej fotek jamajskiego jedzenia - klik.

niedziela, 29 listopada 2015

Cukinia faszerowana szpinakiem i kurczakiem

Prawdopodobnie zaczęła się już przedświąteczna gorączka w marketach. Mówię prawdopodobnie, bo sama od kilku dni zahaczam co najwyżej o warzywniak, ale Małżon wczoraj spędził dwie godziny usiłując kupić dosłownie kilka produktów i wrócił z wiadomością, że właśnie się zaczęło. Będę teraz omijać duże sklepy wielkim łukiem :) Bodajże dwa lata temu robiłam to tak skutecznie, że dopiero tydzień przed Gwiazdką usłyszałam "Last Christmas". Ciekawe czy da się przetrwać totalnie cały grudzień nie słysząc tego ani razu :D Powinny być za to specjalne medale.

Specjalny medal należy się też tej cukinii. Faszerowałam ją już pieczarkami (kilk) i kukurydzą (klik), ale żadna z nich nie była tak pyszna jak odsłona ze szpinakiem.


Składniki (na 2 duże porcje lub 4 mniejsze, wtedy warto podać jakieś surówki i może pieczone ziemniaczki):
2 średnie cukinie
1 mała, pojedyncza pierś z kurczaka
150g mrożonego szpinaku w liściach
4-6 suszonych pomidorów
125g mozzarelli
2 szalotki
2 ząbki czosnku
1/3 łyżeczki pieprzu cayenne
oregano
papryka słodka
sól
pieprz
oliwa do smażenia

1. Szalotki i czosnek obieramy i siekamy bardzo drobno. Kurczaka kroimy w kostkę o boku 0,5-1cm, pomidory z puszki kroimy w paseczki.

2. Rozgrzewamy 2-3 łyżki oliwy i wrzucamy szalotki i czosnek. Gdy cebula zacznie się szklić dodajemy kurczaka i posypujemy pieprzem cayenne, często mieszamy.

3. Gdy kurczak przestanie być surowy dodajemy szpinak (nie trzeba rozmrażać). Zmniejszamy ogień i podgrzewamy do rozmrożenia się szpinaku. Doprawiamy solą i pieprzem. Po wyłączeniu ognia dodajemy jeszcze suszone pomidory i wszystko mieszamy.

4. Cukinie przekrawamy wzdłuż na pół. Wydrążamy miąższ (ja robię to łyżką do lodów), możemy go potem zużyć np. do zupy warzywnej lub zupy-kemu.

5. Wydrążone cukinie napełniamy masą szpinakową. Blachę wykładamy folią aluminiową, na folii układamy cukinie i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 190 stopni na 15 minut.


6. W tym czasie mozzarellę kroimy w dość drobną kostkę. Po tych 15 minutach posypujemy cukinie mozzarellą, oregano i suszoną papryką, po czym wkładamy jeszcze na 10 minut do piekarnika. Po tym czasie wyciągamy i podajemy od razu.


środa, 25 listopada 2015

Ślimaczki z rodzynkami

Pieczenie czegokolwiek słodkiego u mnie w domu, zazwyczaj kończy się pytaniem Małżona, czemu to nie jest tarta kajmakowa (przepis tu). Czasami jest to zniechęcające, ale ja się łatwo nie zrażam, więc uparcie próbuję różne nowe wypieki, no bo przecież muszę rozwijać również umiejętności cukiernicze. Poza tym umówmy się, mój mały blog też lubi pokazywać słodkości, przynajmniej od czasu do czasu. W każdym razie tym razem dobrze, że postawiłam na swoim, bo ślimaczki zyskały uznanie w oczach Małżona ("no od czasu do czasu mogą być zamiast tarty"). 

Przepis lekko dostosowany z książki "Ciasta i torty" pod redakcją A.Wolter.


Składniki (wyszło mi 20 ciastek):
250g chudego twarogu
250g zimnego masła + jedna łyżka
250g mąki pszennej (u mnie typ 500)
1/2 łyżki cukru waniliowego
szczypta soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia
100g rodzynek
25g zmielonych orzechów laskowych
25g zmielonych orzechów włoskich
1 łyżeczka mielonego cynamonu
50g cukru
150g cukru pudru
1-3 łyżki soku z cytryny

1. 250g zimnego masła kroimy na kawałki. Dodajemy do niego twaróg, cukier waniliowy, mąkę, sól i proszek do pieczenia. Najpierw wyrabiamy robotem (częścią z hakiem), a potem jeszcze wyrabiamy ręcznie przez kilka minut na jednolitą masę. Zawijamy w folię spożywczą i odkładamy na godzinę do lodówki.

2. Łyżkę masła roztapiamy w garnuszku i odstawiamy do przestygnięcia.

3. Ciasto rozwałkowujemy na podsypanej mąką stolnicy w prostokąt o bokach około 40x60cm. Powinno być grube mniej więcej na 0,5 cm.

4. Smarujemy powierzchnię ciasta roztopionym masłem.

5. Mielone orzechy, rodzynki, cukier i cynamon mieszamy razem i wysypujemy to na ciasto posmarowane masłem.

6. Zawijamy ciasto wzdłuż krótszego boku (odkleić musimy dłuższy bok).

7. Blachę wykładamy papierem. Duży nóż maczamy w zimnej wodzie i odkrawamy plastry o grubości około 1-1,5 cm. Każdy wykładamy na blasze. Dwa skrajne ślimaki wyjdą mniej foremne.

8. Wkładamy ciastka do piekarnika nagrzanego do 200 stopni, pieczemy 25-30 minut. Mają się zrumienić.

9. Cukier puder mieszamy z sokiem z cytryny - sok dodajemy powoli, tak żeby widzieć ile go jeszcze potrzeba.

10. Ciepłe, ale już nie gorące ślimaki lukrujemy i odstawiamy do całkowitego ostygnięcia.


wtorek, 17 listopada 2015

Pesto z karczocha

W zeszłym roku podczas wakacji kupiłam w Bolonii malusi słoiczek pesto z karczocha. Dla niewtajemniczonych - byliśmy z Małżonem jednym motocyklem i dlatego słoiczek musiał być malusi. Pesto było pyszne i oczywiście żal mi było, że porcja nie była większa. Spisałam z etykietki co tam było. Kilka tygodni temu zachciało mi się znowu tego pesto, a do Bolonii jakoś się nie wybieramy w najbliższej przyszłości. Poeksperymentowałam z proporcjami i wyszło prawie identyczne. I tym razem większy słoik (taki jak na zdjęciu). Jeszcze potrzymałam to pesto w lodówce trochę czasu i mogę powiedzieć, że kilka tygodni spokojnie w lodówce Wam wytrzyma. Warunek: musi być zalane oliwą (nie wystawać ponad) i postawione na najwyższej półce w lodówce, na niższych oliwa pod wpływem niższej temperatury może zmienić konsystencję.


Składniki:
150g marynowanych karczochów (waga bez zalewy)
3/4 łyżki octu balsamicznego
suszone oregano
sól morska
oliwa z oliwek

1. Karczochy odsączamy z oliwy i blenderujemy z octem balsamicznym i łyżką oliwy z oliwek. Dodajemy sól morską i oregano wg uznania - ja dodałam soli dosłownie szczyptę a oregano ok. 1/3 płaskiej łyżeczki. Możecie zrobić zupełnie gładkie pesto, ja jednak lubię tak, aby drobinki tego, z czego jest zrobione były widoczne.

2. Pesto przekładamy do czystego i wyparzonego słoiczka. Zalewamy oliwą z oliwek na jakieś 2-3 mm ponad pesto. Odstawiamy do lodówki.

sobota, 14 listopada 2015

Marokańskie klopsiki

Wczoraj zrobiłam marokańskie klopsiki na obiad i wprawiło mnie to w samozachwyt. Jadłam i głośno wychwalałam swoje własne jedzenie. Nie mogłam się powstrzymać, takie to było pyszne. Sprzątając po obiedzie włączyłam sobie telewizor, a tam gotował Karol Okrasa. Dobra, zimny prysznic, są tacy co lepiej gotują. Skończyłam z samochwalstwem od razu. Nawet po swoim obiedzie dałabym radę spokojnie wciągnąć jego zupę dyniową. 

Sugerowałam się przepisem z "Kulinarne wyprawy Jamiego", podaję moją wersję. 


Składniki:
500g mięsa mielonego wołowego
3 szalotki
kawałek imbiru wielkości kciuka
1/2 łyżeczki ostrej mielonej papryki
1/2 łyżeczki słodkiej mielonej papryki
1 łyżeczka suszonej kolendry
1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
kilka pomidorków koktajlowych
sos chili (miałam srirachę, geograficznie powinna być harissa)
jogurt grecki
rukola
oliwa do smażenia
sól morska
pieprz czarny
4 pity lub arabskie chlebki do nadziewania


1. Jedną szalotkę oraz imbir obieramy i drobno ścieramy. Dodajemy do mięsa wraz z mielonymi paprykami, kminem rzymskim i kolendrą. Przyprawiamy solą i pieprzem. 

2. Masę dokładnie mieszamy i formujemy z niej 20 kulek. Przykrywamy folią spożywczą i wkładamy do lodówki przynajmniej na 30 minut (ja swoje klopsiki trzymałam w lodówce przez noc).

3. Klopsiki smażymy z każdej strony na patelni - w sumie 7 minut. W tym czasie podgrzewamy chlebki. Pozostałe szalotki kroimy na bardzo cieniutkie plasterki, a pomidorki w połówki.

4. Do każdego chlebka kładziemy ostry sos i jogurt (Małżon nie lubi ostrego i włożył ajwar, też się dobrze sprawdził). Wkładamy rukolę, klopsiki, pomidorki i plastry szalotki. Możemy dodać jeszcze trochę sosu. 

Ja postawiłam wszystkie składniki na stole i każdy sam decydował ile sosu, warzyw i mięsa sobie włożyć.


środa, 11 listopada 2015

Aloo mattar

Dzisiaj muszę wpis zacząć od pochwalenia Małżona - pobiegł w Biegu Niepodległości na 10km i zrobił czas poniżej godziny. Poszłam pokibicować i muszę powiedzieć, że cała impreza bardzo mi się podobała. Taka idea świętowania jest mi bliższa niż niektóre alternatywne "spacery". Po biegu poszliśmy ze znajomymi na pyszne jedzenie meksykańskie, więc aspekt kulinarny i towarzyski też był - pełnia szczęścia.

Zamiast meksykańskiego, ja pokażę dziś jedzonko indyjskie, które przygotowałam w zeszłym tygodniu, gdy byłam mocno przeziębiona. Pyszne i rozgrzewające - idealne na tą porę roku. Zarazem jednak lekkie - bo warzywne. Korzystałam z tego przepisu, dostosowałam go jednak do tego co miałam w domu, no i do tego, żeby stanowił cały obiad, a nie dodatek do innego dania.


Składniki (na 2 porcje):
800g ziemniaków
3/4 szklanki mrożonego groszku
1 średnia cebula
2cm świeżego imbiru
1 suszona papryczka chili
2 czubate łyżeczki koncentratu pomidorowego
2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
1/2 łyżeczki mielonej kurkumy
1/4 łyżeczki pieprzu cayenne
1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
1 łyżka świeżych listków kolendry
3-4 łyżki oleju
sól morska
pieprz czarny

1. Cebulę i imbir obieramy i drobno siekamy. Ziemniaki obieramy i kroimy w kostkę o boku około 1-1,5cm.

2. W rondlu rozgrzewamy olej i podgrzewamy imbir i cebulę. Gdy cebula się zeszkli dodajemy kurkumę, pieprz cayenne, kmin i cynamon. Mieszając smażymy 1 minutę.

3. Dodajemy ziemniaki i całą suszoną papryczkę chili. Mieszając smażymy 3 minuty. Dodajemy koncentrat pomidorowy i wlewamy szklankę wody. Doprawiamy solą morską i pieprzem. Przykrywamy i dusimy na małym ogniu 10 minut. Często mieszamy. 

4. Wrzucamy groszek i dusimy kolejne 15 minut albo do miękkości ziemniaków.

5. Przed podaniem usuwamy papryczkę chili. Podajemy posypane listkami kolendry.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...