piątek, 28 czerwca 2013

Prosta tarta z kremem mascarpone i truskawkami oraz kulinarnie o Chorwacji

Jak już wspomniałam w ostatnim poście, gips nie przeszkodził mi pojechać na urlop, w tym roku do Chorwacji (ściślej do Dalmacji, a w drodze powrotnej także do Zagrzebia). Jest to na tyle popularny kierunek wakacyjny, że duża część z Was pewnie już tam była. Mimo to i tak opiszę swoje doświadczenia, może komuś kto jedzie tam po raz pierwszy pomoże to poszukiwać w menu nie tylko ćevapčići oraz pljeskavicy (choć to również pyszna propozycja).

Dawno temu usłyszałam opinię, że w Chorwacji wygląda, jakby ich narodową potrawą była pizza. Jak najbardziej można odnieść takie wrażenie, pizzerie są na każdym kroku, a pizza występuje w większości menu lokali, które pizzerią nie są. W niemal każdym lokalu można też dostać różne typy makaronu z mieszanką owoców morza (czasem również risotto i sałatki frutti di mare). Oczywiście jeśli trafimy do dobrego lokalu, to z takiego spaghetti będziemy bardziej zadowoleni niż w Polsce, a to z racji świeżości morskich płodów. A co z bardziej regionalnym jedzeniem?

Naszą podróż zaczęliśmy trzema nocami w Dubrowniku. Tam miałam wrażenie, że potrawy, o których wcześniej czytałam po prostu nie istnieją (a jeśli już przypadkiem zaistnieją w jakiejś pojedynczej restauracji to z pewnością będą zbyt drogie, żeby sobie na nie pozwolić). Na szczęście później było tylko lepiej. Za najlepszą rzecz, jaką jedliśmy z Małżonem, uważamy hobotnicę na buzaru w restauracji Marco Polo w miejscowości Korčula na wyspie o tej samej nazwie. Była to strasznie szczęśliwa pomyłka, ponieważ pomyliły mi się znaczenia i myślałam, że zamawiamy grillowaną ośmiornicę (hobotnica na żaru), a dostaliśmy ośmiornicę w czymś, co można nazwać lekkim gulaszem, czy też potrawką zrobioną z cebuli, pomidorów, czosnku, oliwy z oliwek, wina i ziół (oraz może jakichś innych składników, których nie wyczułam). To był hit wyjazdu, którego już nie udało się powtórzyć, może dlatego, że znacznie częściej na buzaru występują krewetki lub małże. Z hobotnicy jadłam również rewelacyjną sałatkę, w której to ośmiornica stanowiła naprawdę 80% składu, reszta to oliwki, cebula i kapary, które nawiasem mówiąc dopiero w tym roku mi zasmakowały, zawsze byłam wrogiem kaparów. To, że pomyliłam się ze słowem "na żaru" nie przeszkodziło cieszyć się grillowanymi smakami później - kilkukrotnie jedliśmy grillowane pyszne, świeże kalmary w całości oraz ryby. Jako dodatek zamawialiśmy blitvę z krompirem czyli blitwę z ziemniakami zwaną niekiedy blitwą po dalmatyńsku. Blitwa to liście podobne trochę do szpinaku. Blitwa mieszana była z gotowanymi ziemniakami pokrojonymi w kostkę, oliwą i szpinakiem, pycha po prostu :) Z mięsnych dań najlepiej wspominam pašticadę z gnocchi. Pašticada to wołowina szpikowana boczkiem, czosnkiem i marchewką podawana w lekko kwaśnym sosie. Naprawdę obłędna. A jeśli chodzi o desery, to próbowaliśmy dalmatyński deser - rozatę. W smaku przypomina trochę crema catalana lub też karmelowy flan. Jeśli będziecie w Zagrzebiu poszukajcie również štruklji - jest to niby deser, niby danie. W sumie trudno mi to opisać, ale jest to rodzaj ciasta pośredniego między naleśnikami, leniwymi i pierogami z serowym nadzieniem, polane bułką tartą.

Na osobne kilka słów zasługuje fast food. Na początku wspomniałam już o ćevapčići i pljeskavicy. Oprócz tego, że występują w prawie każdym menu restauracji z frytkami, ajwarem i surową cebulą, można je również zamówić w bułce w fastfoodowych okienkach na ulicy (wtedy również są z ajwarem i cebulą). Jednak to co zasługuje naprawdę na uwagę to burek, sprzedawany zarówno w okienkach, jak i w prawie każdej piekarni. Jest to rodzaj tłustego, nadziewanego ciasta zawijanego w ślimaka. My próbowaliśmy z mięsem oraz z serem, ale występował również ze szpinakiem, z ziemniakami, a nawet w wersji słodkiej z jabłkami lub z wiśniami. Uwaga jednak, burek jest strasznie zapychający.

A na koniec o minusach kulinarnych całej tej eskapady. Tu pisałam tylko o tych pozytywnych aspektach i pysznych obiadach, ale gastronomia w Chorwacji jest strasznie nierówna. Dla porównania - na Krecie lub w Rzymie nie zdarzyło nam się zjeść źle, nawet w tanich miejscach. Na Węgrzech też raczej gastronomia stała na wysokim poziomie (poza jednym wyjątkiem potwierdzającym regułę). Nie wiem czy to kwestia naszego szczęścia, ale były tam tylko rzeczy dobre, bardzo dobre i pyszne. W Chorwacji to już zupełnie inna sprawa, wcale nie byliśmy pewni jak trafimy, obok dobrych knajp zdarzały się mocno kiepskawe i dlatego wybieranie knajpy zajmowało nam dużo czasu, a jak już jakąś dobrą ustrzeliliśmy to się jej w miarę możliwości trzymaliśmy (nocowaliśmy w ciągu 2 tygodni w 5 miejscach, więc nie było to zawsze możliwe).

Dziś było o jedzeniu w knajpach, w następnym poście opowiem o innych aspektach około kulinarnych Chorwacji - o winach, napojach, produktach w sklepie itp.

Rozgadałam się, ale czas pochwalić się wypiekiem - tartą z truskawkami. 


Składniki (na formę o średnicy 24 cm):
250g mąki pszennej (dałam typ 500)
160g cukru pudru
150g masła + trochę do wysmarowania formy
szczypta soli
250g serka mascarpone
2 żółtka
truskawki
wiórki czekoladowe, kokosowe lub płatki migdałowe do posypania (opcjonalnie)


1. Z mąki pszennej, masła pokrojonego na mniejsze kawałki, soli (dosłownie czubeczek noża) i 100g cukru pudru zagniatamy jednolite ciasto, przykrywamy ścierką i wkładamy na 30-40 minut do lodówki.

2. Piekarnik  nagrzewamy do 200 stopni. Formę do tarty smarujemy masłem, po czym wylepiamy jej dno i brzegi ciastem. Ciasto rwie się i kruszy, więc nie nadaje się do wałkowania. Nakłuwamy ciasto w kilku miejscach widelcem i wkładamy na 20-25 minut do piekarnika. Po tym czasie zostawiamy spód do wystudzenia.

3. Żółtka miksujemy z resztą cukru pudru na jednolitą masę. Potem dodajemy stopniowo serek mascarpone i dalej miksujemy. Mi się krem na początku nie chciał ubić, trzeba odrobinę czasu. 

4. Krem wykładamy na wystudzoną tartę. 

5. Truskawki myjemy i usuwamy szypułki. Wysuszone układamy na kremie. Ja miałam małe więc użyłam całych, ale można też układać plasterki, połówki itp. Byle ładnie wyglądało :) 

6. Ponieważ ciasto i krem są jasne, posypałam gotową tartę gotowymi wiórkami czekoladowymi, bo brakowało mi optycznie ciemniejszego akcentu, ale równie dobrze można to pominąć, albo użyć wiórek kokosowych czy też płatków migdałowych.

7. Gotową tartę wkładamy na kilka godzin do lodówki, a najlepiej na całą noc. Możemy podać ją z lodami, bitą śmietaną albo solo.



czwartek, 20 czerwca 2013

Fusilli z cukinią w sosie pomidorowo-mascarpone i powrót do świata blogujących

Wracam. Do gotowania, do bloga... I do Was. Dziękuję bardzo wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki i przekazywali mi słowa otuchy, życząc powrotu do zdrowia :)

Niestety jeszcze nie wracam do tańca. I nie do roweru, ani żadnego innego sportu. Powoli z tym, bo dopiero od kilku dni chodzę bez gipsu. Moja ręka nie jest jeszcze w pełni sprawna i czasem boli. Od wczoraj chodzę na rehabilitację i już nie mogę się doczekać, aż nie będę musiała pamiętać o kontuzji. Z tym powrotem do kuchni też nie jest jeszcze tak różowo. Krojenie większych ilości na razie jeszcze odpada. Dlatego bardziej niż zwykle polegam na pomocy Małżona. W poniedziałek zrobiliśmy horiatiki - ja pokroiłam połowę składników, a drugie pół pokroił Małżon, bo mi się ręka zmęczyła. We wtorek zrobiliśmy kurczaka w ananasie - tym razem całe krojenie zostawiłam Małżonowi, sama przygotowałam składniki marynaty, smażyłam, gotowałam ryż... Ale samo to, że mogę wrócić do kuchni to już dla mnie wielka frajda. A jak mi ten kurczak smakował! Chyba jak nigdy.

Nie mogę też powiedzieć, że w ogóle nic nie ugotowałam gdy miałam tą rękę w gipsie. Gotowałam często jajka na twardo i wodę na herbatę :) Raz ugotowałam też zupę grzybową. Z mrożonki i kostki rosołowej. Jak ktoś mi wypomni tę niezdrową kostkę teraz, to normalnie uduszę. Nie dałabym rady wtedy obrać nawet jednej marchewki na bulion. A tak miałam zupę :) Ale głównie gotował Małżon, albo wychodziliśmy do okolicznych knajpek, gdyż i bez żywienia nas miał cały dom na głowie. Z gipsem pojechałam też na wakacje do Chorwacji i tam już zupełnie żywiliśmy się w knajpkach (kulinarna relacja z Chorwacji już wkrótce).

Był jednak w tym całym zagipsowaniu jeden wyjątkowy dzień. Małżon zaprosił mnie do kuchni, został moimi rękami, a ja byłam mózgiem. To było takie gotowanie na trzy ręce. On kroił, wrzucał na patelnię itp. Ja tylko mieszałam zdrową ręką i przyprawiałam. Efekt tego przedstawiam dziś, choć zdjęcia zostały zrobione przed naszym urlopem. Przepis z głowy.


Składniki (na 4 porcje):
250-300g makaronu fusilli (lub innego)
ząbek czosnku
2 suszone peperoncini
2 puszki pomidorów
250g serka mascarpone
1 cukinia
sól
pieprz
2 łyżeczki ziół prowansalskich
1/4 łyżeczki cukru
2-3 łyżki oliwy

do posypania
starty żółty ser
porwane świeże listki bazylii
płatki chili (opcjonalnie)

1. Makaron gotujemy al dente.

2.  Cukinię myjemy, przekrawamy wzdłuż na pół i każdą połowę kroimy w plastry grubości ok. 1 cm. Ząbek czosnku obieramy i lekko zgniatamy płaską częścią noża.

3. Na patelni rozgrzewamy oliwę i wrzucamy na minutę-dwie ząbek czosnku i peperoncini. Po tym czasie wyjmujemy je (chodzi tylko o to, żeby oliwa nabrała trochę aromatu).

4. Wrzucamy cukinię na patelnię, lekko solimy i posypujemy pieprzem, podsmażamy aż będzie półmiękka. Wtedy dokładamy pomidory i mieszamy tak długo aż sos zgęstnieje.

5. Dorzucamy ser mascarpone, zioła prowansalskie i cukier. Podgrzewamy, stale mieszając, aż ser się rozpuści. Wtedy próbujemy, dodajemy jeszcze trochę ziół, soli lub pieprzu jeśli potrzeba i podajemy.

6. Na talerzu posypujemy żółtym serem i porwanymi listkami świeżej bazylii. Ja sobie jeszcze posypałam kilkoma płatkami chili, ale Małżon z tego zrezygnował.


wtorek, 7 maja 2013

Przymusowa przerwa w kuchni

"Ma pani szczęście. Złamanie jest ładne, bez obrzęku, bez przemieszczeń" - usłyszałam. Nieważne jak "ładne" jest moje złamanie, oznacza dla mnie kilkutygodniową przerwę w kuchni. Z następnymi przepisami wrócę więc pewnie gdzieś w połowie czerwca. Mam nadzieję, że i Wy, Czytelnicy, wrócicie wtedy na mój blog. Tymczasem zamiast zdjęcia jedzenia, mogę dziś zamieścić tylko fotę mojego gipsu...


środa, 1 maja 2013

Chorizo z miodem i czosnkiem

Węgrom i Hiszpanom zazdroszczę pikantnych, paprykowych kiełbas. Wiem, że niektóre można dostać u nas (o chwała globalna wiosko!), ale nie zawsze i nie w takim wyborze, więc nadal jest czego im zazdrościć :)

Do zrobienia tej przystawki przymierzałam się dwa razy, pierwszy raz właśnie nie było chorizo w sklepie, w którym zawsze przedtem ją widziałam :/ Na szczęście potem zawsze znowu była i przekąska jest. Przepis od Jamiego Olivera, z książki "Kulinarne wyprawy Jamiego", proporcje troszkę przeze mnie zmienione. Mi ona bardzo zasmakowała, ale Małżon stwierdził, że woli chorizo  na kanapkę na zimno.


Składniki:
200g pikantnej kiełbasy chorizo
4 ząbki czosnku
2 łyżeczki miodu
1 łyżka białego octu winnego
1 łyżka białego wytrawnego wina

1. Chorizo kroimy w plastry o grubości 0,5cm. Czosnek obieramy i kroimy w plastry o grubości 2mm.

2. Chorizo podsmażamy na patelni, możemy dodać łyżkę oliwy, ale ponieważ z chorizo dość dużo tłuszczu się wytapia, nie jest ona konieczna.

3. Po 4 minutach dodajemy czosnek i smażymy dalej. Po kolejnych trzech minutach dodajemy miód, ocet i wino, mieszamy. Smażymy kolejne 3 minuty, po czym ciepłe podajemy z pieczywem.

sobota, 27 kwietnia 2013

Mintaj z warzywami w białym winie z cytrynowym kuskusem

Gotowanie jest często kwestią intuicji. Często już czytając przepis wiem, że czegoś w nim brakuje, takiej kropki nad i. Czasem dotyczy to również tego, co podam do potrawy. Tak było z dzisiejszą rybą. Oglądałam ten przepis kilkakrotnie, wiedziałam też, co chcę w nim zmienić. Ale cały czas nie mogłam się pozbyć myśli, że czegoś tu brakuje. Olśnienie przyszło, gdy ostatnio moja Kuzynka i jej Mąż podali mi rybę na obiad z kuskusem. I wtedy olśniło mnie, że w przepisie zgrzytem było to, że sugerowano podać z ryżem. Ja po prostu wiedziałam, że to kuskus w tym zestawie dopełni całości. Naprawdę polecam taką rybę, kilka prostych składników i mamy coś rewelacyjnego.

Przepis wypatrzyłam dawno temu w dodatku do "Polityki", podaję z moimi zmianami.


Składniki (na 2 porcje):
300-350g mintaja (może być też inna ryba o białym mięsie)
1 łyżka oliwy
1 cytryna
2 pomidory
2 małe cebule
1-2 łyżki posiekanej natki pietruszki
10-12 oliwek
125 ml białego wytrawnego lub półwytrawnego wina
3 ząbki czosnku
100g kuskusu
1 czubata łyżka masła
sól
pieprz


1. Filety myjemy, kroimy na mniejsze kawałki i układamy w rondlu o grubym dnie. Skrapiamy oliwą, sokiem z połowy cytryny i posypujemy solą i pieprzem. Odstawiamy na 20 minut.

2. Cebule obieramy i kroimy w cienkie plasterki. Pomidory musimy sparzyć i również obieramy i kroimy w plastry grubości 1cm. Oliwki kroimy na pół. Ząbki czosnku obieramy, rozgniatamy płaską częścią noża i siekamy na plasterki.

3. Na patelni rozpuszczamy masło i dodajemy cebulę. Podsmażamy aż się zeszkli. Dokładamy pomidory, czosnek i wino, posypujemy solą i pieprzem. Podgrzewamy, aż się zagotuje.

4. Przekładamy warzywa z winem na rybę, nie mieszamy. Dusimy pod przykryciem na małym ogniu przez 10 minut. Po tym czasie odkrywamy, dodajemy oliwki i podgrzewamy na małym ogniu jeszcze 15 minut. Posypujemy natką pietruszki.

5. Kuskus zalewamy wrzątkiem wg przepisu na opakowaniu. Gdy będzie gotowy mieszamy go z sokiem wyciśniętym z połowy cytryny.

6. Podajemy gotową rybę razem z kuskusem. Ja podałam do tego jeszcze marynowane patisony.


środa, 24 kwietnia 2013

Sałata z wiosennym sosem

Ponieważ wiosnę mamy w końcu pełną gębą, naszło mnie jak widać na potrawy w zielonym kolorze. Ostatnio szpinak, a dzisiaj sałata i zioła. Taka sałata to dla mnie swego rodzaju nowość, bo zwykle podaję ją z sosami na bazie oliwy. Małżon zresztą też był zaskoczony - po wyglądzie sałaty pewien był, że będzie trochę na słodko. Zapewniam, że nie jest, więc pasować będzie jako dodatek do obiadu, zarówno mięsnego jak i rybnego.


Składniki (na 2 porcje):
mała główka sałaty masłowej (lub pół dużej)
1 czubata łyżka posiekanego szczypiorku
1 czubata łyżka posiekanego koperku
1 czubata łyżka posiekanej natki pietruszki
4-5 rzodkiewek
2 łyżki śmietany 12%
3 łyżki jogurtu naturalnego (ale nie typu greckiego lub bałkańskiego, będzie za gęsty)
sól
pieprz czarny

1. Umyte i osuszone liście sałaty rwiemy na mniejsze części. Umyte rzodkiewki kroimy w słupki.

2. Mieszamy śmietanę, jogurt, natkę pietruszki, szczypiorek, koperek i rzodkiewki, doprawiamy solą i świeżo zmielonym pieprzem.

3. Mieszamy sałatę z sosem.


wtorek, 23 kwietnia 2013

Pakiety szpinakowe

Jako dziecko bardzo nie lubiłam szpinaku, polubiłam go dopiero potem. Pod tym zdaniem z pewnością dużo osób podpisuje się rękami i nogami. Także Małżon. Przez pewien czas problemem było to, że nasze polubienie szpinaku nie zbiegło się w czasie (moje nastąpiło wcześniej). W końcu jednak nastąpił przełom i dostałam zielone światło na używanie tego zielska w posiłkach dla nas obojga. Rozśmieszyła mnie teoria Małżona, dlaczego w końcu i u niego ten smak się zmienił. W końcu trzeba mieć coś, co jest najbardziej wstrętne w smaku, o czym się myśli jako o kulinarnej zmorze. A on poznał hummus i szpinak musiał ustąpić miejsca :)

Szpinak będzie więc u nas zapewne gościł od czasu do czasu, dzisiaj w postaci pakietów z ciasta francuskiego, podobne można kupić w piekarni niedaleko i to moja próba (udana zresztą) zrobienia takich w domu.


Składniki (na ok. 6 pakietów):
arkusz ciasta francuskiego (ja zużyłam niecały)
300g szpinaku liściastego (może też być rozdrobniony)
150g ricotty
4 ząbki czosnku
5-7 suszonych pomidorów z oliwy
sól
pieprz czarny

1. Jeśli mamy szpinak mrożony, najpierw musimy go rozmrozić. Obrane ząbki czosnku rozgniatamy płaską częścią noża i siekamy na drobno. Pomidory kroimy w małe kawałki.

2. Mieszamy szpinak, ricottę, czosnek i suszone pomidory. Doprawiamy solą i świeżo zmielonym czarnym pieprzem.

3. Ciasto francuskie tniemy na kwadraty o boku około 10-12 cm.

4. Na środek każdego kwadratu nakładamy porcję farszu. Zawijamy rogi każdego kwadratu do środka i stykamy je ze sobą (nie zlepiamy jednak, to w trakcie pieczenia lekko nam się rozchylą).

5. Pakiety wykładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 190 stopni na 20-25 minut.


Ja bardzo lubię na ciepło, ale można też jeść na zimno. A już najlepsze są odgrzewane następnego dnia.

sobota, 20 kwietnia 2013

Błyskawiczny deser z puszkowanych owoców z sosem miodowym

Od kilku dni widzę ze swojego okna stoisko z warzywami i owocami. Będzie mi towarzyszyć przez całą wiosnę, lato i wczesną jesień. Na razie mogę tam kupić nowalijki, ale ani się obejrzę, a będą tam truskawki. Potem czereśnie :) Sezonowe owoce to coś wspaniałego. A póki jeszcze ich nie ma zrobiłam deser z puszkowanych. Jego niewątpliwą zaletą jest szybkość wykonania i to, że jak się ma gdzieś puszki w domu, to można go ekspresowo wykonać jak zachce się deseru. Nie nadaje się jednak za bardzo dla dzieci - smak wina jest mocno wyczuwalny.

Przepis odrobinę przerobiłam z książki E. Aszkiewicz i R. Chojnackiej '365 obiadów na polskim stole na co dzień i od święta'.


Składniki (na 3 porcje):
puszka brzoskwiń
puszka dowolnych innych owoców (u mnie gruszki)
3 łyżki miodu
70ml białego półwytrawnego wina
4 łyżki syropu z brzoskwiń
3-4 łyżki płatków migdałowych

1. Płatki migdałowe prażymy na suchej patelni.

2. W rondlu podgrzewamy razem miód, wino i syrop z brzoskwiń. Mieszamy aż uzyskamy jednolity sos.

3. W miseczkach lub pucharkach rozkładamy brzoskwinie i inne owoce. Polewamy sosem i posypujemy płatkami migdałowymi.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Makaron cellentani w winie z indykiem, pomidorkami cherry i szparagami

Ostatnie kilka dni pozwalają sądzić, że ciepłe buty i zimowa kurtka naprawdę nieprędko się przydadzą. Wraz z cieplejszą aurą pojawiła się u nas w domu potrzeba na lżejsze jedzenie, Małżon zresztą wczoraj poprosił o powrót do lekkich obiadków. Sezon na wiosenne obiadki zaczynam więc dzisiejszym makaronem. Sos jest na bazie oliwy i wina, a dodatkiem są warzywa i indyk, idealnie więc wpisał się jako realizacja prośby, a przy tym słońcu za oknem zaczął smakować trochę bardziej włosko :) 

Inspiracją był przepis wycięty z jakiejś gazety. Niestety zachował się sam wycinek i nie wiem z jakiej, aczkolwiek i tak tylko kilka składników zgadza się z oryginałem.


Składniki (na 2 porcje):
120g makaronu cellentani (waga przed ugotowaniem, nada się też np. fusilli)
200-250g piersi z indyka
200-250g pomidorków cherry
100g białych szparagów z zalewy
100g mozzarelli
1 średnia cebula
2-3 ząbki czosnku
kilka listków bazylii
3-4 łyżki dobrej oliwy z oliwek
60ml białego wina wytrawnego lub półwytrawnego
1 płaska łyżeczka mielonej papryki słodkiej
1 płaska łyżeczka ziół prowansalskich
sól (u mnie różowa himalajska)
pieprz czarny

1. Cebulę obieramy i kroimy w centymetrową kostkę. Ząbki czosnku obieramy i drobno siekamy, albo przeciskamy przez praskę. Pomidorki kroimy na pół, szparagi w 3-4cm kawałki.

2. Indyka kroimy w niedużą kostkę (ok. 1,5 cm). Posypujemy ziołami prowansalskimi, mieloną słodką papryką i odrobiną soli. Mozzarellę ścieramy na tarce o dużych oczkach.

3. Makaron gotujemy al dente i odcedzamy.

4. Na patelni rozgrzewamy oliwę i wrzucamy cebulę. Posypujemy odrobiną soli i pieprzu. Po minucie dorzucamy indyka i czosnek. Podsmażamy, cały czas mieszając, aż indyk zrobi się miękki.

5. Dodajemy makaron i wlewamy wino. Podgrzewamy na małym ogniu 7-8 minut. Dodajemy pomidorki i szparagi, mieszamy i podgrzewamy jeszcze 2-3 minuty. Jeśli trzeba dodajemy jeszcze trochę soli i pieprzu.

6. Zdejmujemy z ognia, posypujemy startą mozzarellą i porwanymi listkami bazylii.


środa, 10 kwietnia 2013

Wątróbka z jabłkiem, cebulką i masłem szałwiowym

Niekwestionowanym Mistrzem Wątróbki w naszym domu jest Małżon. Nie da się tego ukryć i nawet nie zamierzam z tym polemizować. Co więcej, gdy Małżon wszedł dziś do domu i zastał mnie w kuchni obtaczającą wątróbkę w mące, wyraźnie zaniepokoił się, że wchodzę mu w kompetencje. Nic podobnego oczywiście nie zamierzam. Miałam tylko ochotę na coś z jabłkiem. I z szałwią. Wyszło pysznie i troszkę inaczej niż zwykle jadamy.


Składniki (na 2 porcje):
300-350g wątróbki drobiowej
2 nieduże cebule (lub jedna duża)
1 duże, twarde, niezbyt słodkie jabłko
2 płaskie łyżeczki suszonej szałwii
2 czubate łyżki klarowanego masła
sól
pieprz
olej
mąka pszenna


1. Wątróbkę myjemy i oczyszczamy. Większe kawałki możemy przekroić na pół. Obtaczamy w mące pszennej.

2. Cebulę kroimy w półplasterki. Umyte jabłko kroimy na ćwiartki i wykrawamy gniazdo nasienne, nie obieramy! Każdą ćwiartkę kroimy na trzy części wzdłuż.

3. Na jednej patelni rozgrzewamy olej i smażymy wątróbkę z obu stron do ulubionego stopnia wysmażenia (ja lubię dość mocno wysmażoną, Małżon odrobinę bardziej miękką). Przed końcem smażenia solimy, posypujemy pieprzem i przykrywamy pokrywką. Wątróbkę zdejmujemy z oleju i trzymamy w cieple.

4. Na innej patelni rozpuszczamy masło klarowane i od razu wrzucamy szałwię. Gdy masło się rozpuści dodajemy cebulkę, lekko solimy i posypujemy pieprzem. Cebulka ma się zeszklić. Na ostatnie trzy minuty dokładamy jabłko i mieszamy. Chodzi o to, żeby tylko trochę zmiękło, ale się nie rozpaćkało.

5. Na półmisek wykładamy wątróbkę, a na nią cebulkę z jabłkami i masłem. Podajemy z czym mamy ochotę - z ziemniakami, frytkami, pieczywem.

A tu na zdjęciu jakimś cudem zaplątała się erjotka :D


Przepis zgłaszam do akcji:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...